Hilfe, czy mam wychować swoje dziecko dwujęzycznie?

bilingual-child

Czy to w domu, czy na uczelni, czy w życiu towarzyskim – mowa jest kluczowa w życiu codziennym. Za jej pomocą przekazujemy własne potrzeby, emocje oraz co nam w duszy gra. Niektóre osoby robią to w dwójnasób, ponieważ jeden język ojczysty to za mało.

Jeden rodzic, jeden język

Proces nauki języka rozpoczyna się od najmłodszych lat – gaworzenie czy też wyczekiwanie z utęsknieniem przez wszystkich rodziców pierwsza „mama” i „tata”. Wychowanie dwujęzyczne komplikuje już i tak zawiłą naukę języka. Zostawmy jednak teorie naukowcom i skupmy się na historiach rodzin, które zdecydowały się na taki krok. Mieszkająca w Bonn grecko-niemiecka rodzina Apostolopoulou ani sekundy nie żałuje swojej decyzji, by wychować dzieci dwujęzycznie, gdyż jak twierdzą „dla nas to było coś tak naturalnego i oczywistego, że nasze dzieci będą zarówno mówić po grecku jak i po niemiecku. Widzimy na codzień z jakimi problemami zmagają się emigranci, którzy przybyli do Niemiec i nie znają języka. Chcieliśmy oszczędzić tego swoim dzieciom”

W podobnym tonie wypowiada się dr Valerie Lemonnier-Mönig, która wykłada język francuski na wydziale romanistyki na Uniwersytecie w Bonn. Wraz ze swoim mężem po narodzinach zastanawiali się nad tym, by ich dzieci były dwujęzyczne. Postanowili więc zastosować zasadę „jeden rodzic, jeden język” która polegała na tym, że dzieci rozmawiały ze swoim tatą po niemiecku, a z mamą po francusku. Kluczem do sukcesu jest jednak konsekwencja, ponieważ jej brak nie przyniesie pożądanego efektu.

Również Teresa Rupp zdecydowała się na podobny krok – mieszkając jeszcze w Polsce stwierdziła, że wychowa swoje dzieci dwujęzycznie. Swoją decyzję komentuje ze śmiechem: „mój były partner nie mówił nic po polsku, pomimo, że mieszkaliśmy tam parę ładnych lat. Dzieci przez to nauczyły się mówić po niemiecku, ponieważ inaczej nie mogłyby się porozumieć z tatą.”

Dwujęzyczność – czyli jednoczesne opanowanie obu języków na poziomie natywnym. Takie osoby mogą o sobie śmiało powiedzieć, że mają dwa (lub w poniektórych przypadkach) nawet trzy języki ojczyste. Jeśli rodzice kładą jednakowy nacisk na naukę obu języków to nie może się nie udać.

Rodzina Sari postanowiła tę dwujęzyczność jednak zaaranżować trochę inaczej. Najważniejsze dla nich było jak podkreślają sami „by ich dzieci na początku nauczyły się porządnie tureckiego, nim zaczną się uczyć języka kraju w którym przebywają”. Jednak każde dziecko uczy się inaczej, tak więc nie da się z całą pewnością stwierdzić jak szybko opanuje dwa języki równocześnie. Anke Backhaus z Centrum Komunikacji Interkulturalnej i Wielojęzyczności w Bonn dodaje, że wszystko zależy od indywidualnych zdolności, od determinacji dziecka i jak często może używać obu języków.

Dominująca dwujęzyczność.

W momencie wejścia w wiek przedszkolny język otoczenia zaczyna przeważać u dziecka. Wtedy narzuca się pytanie – co z tym drugim językiem? Rodzina Apostolopoulou zdecydowała się posyłać swoje pociechy popołudniami do greckiej szkółki. To oczywiście jedno z wielu rozwiązań. Dr Valerie Lemonnier-Mönig rozmawiała z córkami po francusku w domu, jednak pisowni nauczyły się obie dziewczynki dopiero w szkole, zaskoczone, że jednak to wcale nie takie proste. Rodzina Sari podobnie jak i w przypadku francusko-niemieckiej rodziny stwierdziła, że turecki będzie używany na codzień w domu, jednak niemieckiego zaczną się uczyć dopiero w szkole. Fakt jest, że im szybciej dziecko zacznie się uczyć obu języków, tym mniejsze dysproporcje powstaną między nimi.

Może się bowiem zdarzyć, że takiej osobie umykają słowa w ojczystym języku, które stara się „zastąpić” za pomocą drugiego języka. Wcześniej wierzono, że taka mieszanka językowa dświadczy o tym, że dziecko nie radzi sobie z tak dużą ilością materiału na raz. Jest jednak zupełnie inaczej, gdyż pewne wyrażenia nie da się dosłownie przetłumaczyć. Zdarzają się jednak śmieszne sytuacje, w których powstają zupełnie nowe twory językowe, które rozumieją niekiedy tylko rodzice. Jednym z takich przykładów jest chociażby: „popatrz mamo, tam leci Flugzeug (samolot)”. Siedząc przy stole w domu Rupp mówi się również takim „mixem”, bowiem teściowa Pani Teresy pochodzi z Francji. Również i ona próbowała nauczyć swoje dzieci mówić zarówno po niemiecku, jak i francusku, lecz zniechęcił ją fakt, że dzieci tworzą zdania w obu językach na raz.

Same plusy?

Część dwujęzycznie wychowujących rodziców przeżywa podobne rozterki, bowiem boi się, że poprzez rozmowę w swoim ojczystym języku sprawią, że dzieci nie będą w stanie porozumiewać się na takim samym poziomie w drugim języku. Niekoniecznie musi tak być, mówi  Anke Backhaus. To zupełnie naturalne i znika najpóźniej w momencie, kiedy dzieci idą do podstawówki. Widząc jak radzą sobie takie dzieci wszystkie rodziny stwierdziły jednogłośnie, że to była dobra decyzja. Patrząc na to, jaki nacisk jest kładziony na języki obce w dzisiejszych czasach, czemu nie dać tego swojemu dziecku poprzez wychowanie dwujęzyczne? Rodzina Sari podsumowała to trafnie tureckim przysłowiem „bir dil bir insan iki dil iki insan” co można przetłumaczyć dosłownie jako: „kto mówi w jednym języku jest jak jeden człowiek, jednak kto mówi w dwóch językach jest jak dwoje ludzi”

Rebecca BRASSE

Reklamy

Flesz sprawił prezent zwierzakom

Flesz

Atmosfery, która wytwarza się wokół świąt Bożego Narodzenia, nie da się opisać jednym słowem. W powietrzu czuć już zapach pierniczków, a dookoła słychać już tylko kolędy. Jest to czas, kiedy każdy człowiek stara się zrobić coś dobrego dla innych. Organizowane są zbiórki żywności czy szlachetna paczka. Jednak poza potrzebującymi ludźmi, nie można zapomnieć o naszych czworonogach. Redakcja Flesza wpadła na pomysł, aby zorganizować akcję charytatywną „Rusz Serduszko” dla chorych i bezdomnych kotów z fundacji Agapeanimali.

Jak przystało na dziennikarzy, cała akcja została zorganizowana świetnie pod względem marketingowym. Wydarzenie zorganizowane na Facebooku, porozwieszane plakaty po całym wydziale ze specjalnie zaprojektowaną na tę akcję grafiką. To sprawiło, że o tym przedsięwzięciu dowiedział się praktycznie każdy, co tylko może pomóc potrzebującym zwierzakom.

Głównym celem akcji jest pomoc materialna. Potrzebne jest praktycznie wszystko – koce, karma, żwirek, wszelkiego rodzaju zabawki, akcesoria do transportu. Dla osób, które na co dzień zajmują się tymi kotkami, każdy przedmiot jest na wagę złota. Cieszy fakt, że studenci i pracownicy wydziału nie przeszli obojętnie koło wyznaczonych miejsc zbiórki, które bardzo szybko zaczęły zapełniać się przede wszystkim kocim jedzeniem.

Poza tym, akcja ta zwraca uwagę na poważny problem. Często jest tak, że ludzie nie zastanawiają się nad konsekwencjami, które wynikają z zakupu takiego zwierzaka. Przede wszystkim trzeba mieć sporo czasu i czuć się odpowiedzialnym za takie stworzenie. Nie może ono być tylko wymysłem kupującego czy dziecka, które od zawsze chciało mieć kota. Później, gdy taka istota podrośnie lub się znudzi, zostaje porzucane, bądź oddawane do schronisk. Z tego rodzą się kolejne problemy, ponieważ takie miejsca są zwykle przepełnione, brakuje pieniędzy i jedzenia dla tych niewinnych zwierząt.

Fundacja Agapeanimali już od 10. lat działa na terenie Poznania. Zajmują się oni porzuconymi, często przy tym schorowanymi kotami. Ich działalność polega przede wszystkim na pierwszej pomocy porzuconym czworonogom, a także tymczasowym przygarnianiu tych zwierząt. W późniejszym czasie próbują oni przekazać swoich podopiecznych do adopcji. Na stronie fundacji w łatwy sposób osoby, które zdecydują się przyjąć pod swój dach taką pociechę, mogą tego dokonać. Jednak trzeba pamiętać, że jest to duża odpowiedzialność i ciągłe obowiązki.

Podsumowanie akcji „Rusz Serduszko” zaplanowane zostało na 18. grudnia. To właśnie tego dnia zostanie oficjalnie przekazane wszystko to, co zostało zebrane na ręce fundacji. Poza tym odbędzie się podsumowanie, a cała akcja i jej wyniki zostaną przedstawione w najnowszym odcinku Flesza.

Najbardziej cieszy fakt, że środowisko studenckie tak chętnie zaangażowało się w pomoc. Cała akcja trwała około miesiąca, a ilość przekazanych przedmiotów może budzić podziw. To pokazuje, że organizacja tego typu wydarzeń powinna mieć miejsce jeszcze częściej, a dla całej redakcji Flesza należą się ogromne podziękowania.

Daniel LEWANDOWSKI

W zdrowym ciele zdrowy duch

Screenshot_2018-05-11-12-59-17.png

Tych, którzy uważają, że student to niezwykle leniwe stworzenie, można było zaprosić na ulicę Zagajnikową, by przekonali się, że to nieprawda. Tysiące studentów nie dość, że wspólnie ćwiczyło, to jeszcze miało z tego mnóstwo dobrej zabawy!

Chętnych na sportowe zmagania było więcej niż mogły pomieścić środki miejskiej komunikacji. Mimo wzmożonego ruchu autobusy dosłownie pękały w szwach, a miejskie rowery zniknęły z pętli tramwajowej przy ulicy Sobieskiego w mgnieniu oka. Słońce prażyło od samego rana, a na niebie nie było widać ani jednego obłoczka. Tak rozpoczął się Dzień Sportu UAM.

Tłumy, wszędzie tłumy

Tuż po godzinie 9 hala sportowa przy ul. Zagajnikowej dosłownie pękała w szwach, a z głośników rozbrzmiał hymn Gaudeamus. Po kilku słowach od Rektora  – prof. Andrzeja Lesickiego oraz organizatorów, rozpoczął się pokaz artystyczny. Był fitness, taniec i śpiew. Po wrzawie oklasków, przyszedł czas na rozpoczęcie sportowych przygotowań oraz pierwszych zmagań. W meczu szermierczym zmierzyły się drużyny Uniwersytetu w Oksfordzie oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy i wynikiem 20:17.

Przygotowani?

W tym samym czasie na powietrzu otworzyły się sekretariaty, które wydawały numery startowe. Na placu migały kolorowe koszulki. Uczestnicy szykowali się do swoich konkurencji. Poprawiali ubrania, zawiązywali porządniej buty, przypinali numery startowe, związywali włosy i nawadniali organizm. Na początku czekała na nich wspólna rozgrzewka, którą poprowadziło w rytm muzyki trzech trenerów z Zagajnikowej. Jednym z nich była Karolina Perz, która w tym roku była główną organizatorką tego całego sportowego eventu. Program był niezwykle bogaty, więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Start!

Pierwszy rozpoczął się XXV Bieg wiosenny im. Jerzego Żeligowskiego, którego dystans wynosił w tym roku 5 km. Ciekaw elementem były numerki startowe z chipem, który pozwalały na szczegołowe zmierzenie czasu każdemu zawodnikowi. Zawodników wystartował osobiście sam Rektor. Chwilę później rozpoczęły się równocześnie kolejne konkurencje, m.in Maraton Fitness, Maraton jogi, Turniej Piłki Koszykowej, Turniej Piłki Siatkowej, Turniej Tenisa, Zawody w Ergometrze wioślarskim czy Otwarte Mistrzostwa UAM w Pływaniu. Wśród uczestników poszczególnych dyscyplin można było zauważyć większe lub nieco mniejsze zaangażowanie. Szczególnie koniec biegu lub maratonu fitness dawał się we znaki tym, którzy o swoją formę nie dbali przez cały rok. Na zmęczonych twarzach widać było jednak szczęście i zadowolenie.

Było o co walczyć

Warto wspomnieć, że zmagania te nie miały charakteru wyłącznie rekreacyjnego. Atmosferę pogrzewała dodatkowo nutka rywalizacji, ponieważ każdy walczył nie tylko o miejsce na podium i medal czy puchar, ale dokładał także swoją cegiełkę do sukcesu całego wydziału. Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa poradził sobie doskonale, ponieważ w klasyfikacji generalnej wydziałów zajął pierwsze miejsce.

Czas na relaks

Po południu mieli okazję zmierzyć się ze sobą w specjalnie przygotowanych Turniejach pracownicy uniwersytetu. Wśród nich znalazły się: Finał Turnieju Piłki Siatkowej, Dziekański Turniej Darta o Puchar Rektora UAM. Nie zabrakło też innych ćwiczeń, fitnesu, jogi czy ćwiczeń z piłkami. Studenci z kolei mieli okazję uczcić swoje sukcesy i odpocząć podczas Wielkiego Grillowania.

Paulina Popek

paulina.popek@poczta.onet.pl

Pomaganie jest na fali

Pomaganie jest na fali_I.Leśnik.JPG

Na początku koncertu będącego podsumowaniem akcji charytatywnej “Wielorybia pomoc dla małego Jeremiego”, dziekan naszego wydziału powiedział: „studia to nie tylko nauka, ale także poznawanie ludzi i solidaryzowanie się”. Te słowa stanowią podsumowanie tego, dlaczego wielu studentów i przedstawicieli władz UAM postanowiło zgromadzić się 16 kwietnia w Auli uniwersyteckiej przy ulicy Wieniawskiego – chodziło o to, by zwyczajnie pomóc małemu Władcy Mórz.

Kim jest Władca Mórz?

Powinnam zacząć od tego, kim jest malec, który swoją osobą zgromadził tłum ludzi. Sześcioletni Jeremi Boczko to chłopiec, którego niesamowity uśmiech rozświetliłby chyba wszystkie latarnie w Poznaniu (daję słowo!). W życiu płodowym zaraził się wirusem cytomegalii, w wyniku czego cierpi na wrodzone małogłowie, zaburzone wchłanianie, padaczkę lekoodporną i czterokończynowe porażenie statyczne. Na szczęście Jeremi ma wspaniałych rodziców, którzy każdego dnia robią wszystko, by czuł jak najmniej bólu i czerpał z życia jak najwięcej radości. Obecnie zbierają oni na kombinezon Mollii Suit, który zmniejsza spastyczność mięśni – nadmierne napięcie spowodowane zaburzeniami pracy mózgu. Kosztuje on 20 000 zł, stąd powstała akcja “Wielorybia pomoc dla małego Jeremiego”, której podsumowaniem był koncert.

Coś dla miłośników muzyki

Oprócz zebrania się w szczytnym celu, uczestnicy mogli cieszyć się naprawdę dobrą muzyką. Jednym z artystów, którzy postanowili wystąpić dla Jeremiego, był Michał Kmieciak – uzdolniony pianista i kompozytor. Za pomocą dźwięków zaprosił uczestników koncertu na statek, którym mieli płynąć przez trzy godziny. Następnie na scenie pojawił się Swiernalis ze znacznie mocniejszymi dźwiękami, pozwalając słuchaczom przeżyć zmianę pogody podczas rejsu i poczuć jak statek okalają gwałtowne fale. Ostatnia część koncertu należała do Libera i Iny, którzy na scenę zaprosili obecne na koncercie dzieci i angażując publiczność starali się przelać jak najwięcej radości w stronę Jeremiego – z powodzeniem.

Kiedy przedmioty stają się bezcenne

Uczestnicy koncertu mogli licytować różnego rodzaju przedmioty, takie jak piłka z podpisami piłkarzy Lecha Poznań, płaskorzeźbę Pałacu Prezydenckiego, płytę z podpisem Andrei Bocellego, obraz Igora Morskiego czy bilety na koncerty rozpoznawanego ostatnio Sławomira i cieszącego się światową sławą od kilku dekad Bryana Adamsa. Oprócz przedmiotów aukcji należących do świata kultury i sportu, licytowano także wybielanie na zębów, majówkę nad morzem czy dzień w fabryce autobusów Solaris. Ostatecznie w wyniku licytacji zebrano 8000 zł, co stanowiło niemalże połowę kwoty, którą maleńki Jeremi potrzebuje na zakup kombinezonu Mollii Suit. Dodatkowo pod koniec koncertu ogłoszono, że w wyniku zbiórki internetowej (na tamtą chwilę) malec zebrał 10 000 zł, co praktycznie urzeczywistniło spełnienie marzenia całej rodziny Boczko.
Koncert na rzecz Władcy Mórz był ósmym koncertem charytatywnym UAM. Pozwolę sobie powtózyć za Pawłem Swiernalisem: „bardzo chciałbym podziękować wszystkim, którzy tutaj przyszli, bo to bardzo dobrze o was świadczy, ludzie”. Pomaganie jest na fali. Akademicka jedność jest na fali. Niesamowicie jest mieć pewność, że kiedy podczas rejsu komukolwiek coś się stanie, pozostali członkowie załogi będą z tą osobą. Dlatego nie bójmy się pomagać, bo warto, ludzie!

Ismena LEŚNIK

(ismenalesnik@gmail.com)

Z tańcem przez życie

(tytuł) - Dobrochna Figuła_Kinga Patalas_ (fotograf) - Joanna Czarnota.jpg

„W świecie artystycznym jest straszna walka i rywalizacja, dlatego trzeba być silnym nie tylko fizycznie. W tym zawodzie jak Cię wyproszą drzwiami, to musisz wejść oknem. Ponadto dyplom zawodowego tancerza daje mi tak wiele możliwości, że nie warto odpuszczać”. – wyznaje Dobrochna Figuła – tancerka i studentka Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa.

 

Od ilu lat realizujesz swoją pasję do tańca?

Swoją przygodę z tańcem zaczęłam w wieku 5 lat, wtedy mama zapisała mnie na zajęcia taneczne z baletu. Już wtedy poczułam, że taniec sprawia mi wiele radości. Myślę, że na tym etapie kształcenia właśnie to jest najważniejsze, aby dzięki temu obudzić w dziecku pasję. Większość małych dziewczynek kojarzy balet z różową tiulową spódniczką i występami. Ja w balecie nie doszukiwałam się okazji do popisu własnych umiejętności, czy zyskania uwagi. Odszukałam w nim swój zaczarowany świat, który pochłonął mnie na tyle mocno, że z niecierpliwością wyczekiwałam początku 4 klasy szkoły podstawowej. Wtedy mogłam rozpocząć naukę w Ogólnokształcącej Szkole Baletowej, gdzie wiele się nauczyłam.

Jako mała dziewczynka podjęłaś się dużego wyzwania. Taniec wiąże się z wieloma godzinami na sali tanecznej. Czy uważasz, że przez podążanie za pasją musiałaś szybciej dorosnąć?

Naukę w szkole baletowej zaczęłam już w szkole podstawowej. Idea jest taka, żeby dziecko było już na tyle zdyscyplinowane i posiadało podstawową wiedzę edukacyjną, by mogło poza kontynuacją przedmiotów szkolnych, rozpocząć jednocześnie naukę tańca oraz towarzyszących mu innych przedmiotów artystycznych. Od samego początku szkoła baletowa kształtuje takie umiejętności, jak współpraca w grupie, obowiązkowość, czy też sumienność. W tym młodym wieku musiałam wdrożyć się w wymagania nowej szkoły, co z pewnością wpłynęło na ukształtowanie mojego charakteru.

Szkoła baletowa odegrała dużą rolę w kształtowaniu Twojego charakteru. Czy restrykcje oraz wymagana dyscyplina w szkole nie były zbyt dużym obciążeniem dla Ciebie?

Prawda jest taka, że szkoła baletowa to szkoła życia. W moim liceum obowiązywały pewne wymogi, do których musiałam się dostosować. Istotna była szczupłość ciała. Bardzo często musiałyśmy wchodzić na wagę. W ten sposób miałyśmy czuć motywację lub presję, aby zachować odpowiednią dla zawodu tancerza aparycję. Zdarzały się sytuacje, kiedy za kilkoma zbędnymi kilogramami szły niemiłe komentarze ze strony nauczycieli. Takie zachowanie prowadzi często u dziewczynek do zaburzeń odżywiania i niskiej samooceny. Zdarza się również, że w konsekwencji uczennice na sali baletowej z pewną dozą odrazy patrzą na siebie w lustro. Rodzi się wówczas poczucie, że skoro i tak jesteś zbyt gruba jak na tancerkę, to nic w tym zawodzie nie osiągniesz. Takie przeświadczenie strasznie podcina skrzydła i wpływa na poczucie pewności siebie. Odczuwalna była rywalizacja – zdarzały się nawet skrajne przypadki kradzieży rzeczy. Druga osoba miała czuć się niekomfortowo na scenie i w ten sposób wykluczano konkurencję. Szkoła jednak ukształtowuje bardzo charakter. W świecie artystycznym jest straszna walka i rywalizacja, dlatego trzeba być silnym nie tylko fizycznie. W tym zawodzie jak Cię wyproszą drzwiami, to musisz wejść oknem. Ponadto dyplom zawodowego tancerza daje mi tak wiele możliwości, że nie warto odpuszczać.

Czy miałaś kiedykolwiek wątpliwości co do słuszności wyboru szkoły baletowej?

Wątpliwości miałam po 6 latach w szkole baletowej, kiedy musiałam wybrać czy chcę kontynuować naukę w OSB również w liceum, czy może powinnam wybrać zwykłe liceum ogólnokształcące – gdzie szło większość moich przyjaciół. Po długich przemyśleniach zdecydowałam się jednak kontynuować taniec. Początki nie były dla mnie łatwe. Zajęło mi trochę czasu, aby zrozumieć, że jest to właściwy wybór. W tańcu 30% to talent, a reszta to ciężka praca, której ja się nie boję. Doszłam wtedy do wniosku, że skoro mam talent i dobre warunki fizyczne to czemu by nie spróbować. Jestem osobą konsekwentną, więc  jeśli już się czegoś podejmę to realizuję to do końca. Z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że była to najlepsza decyzja, jaką wtedy podjęłam. Myślę więc, że nie warto podążać za ludźmi tylko za swoimi celami i marzeniami. Instynktowna decyzja okazała się najlepszą decyzją w moim życiu.

Taniec jest Twoją wielką pasją. Skąd w takim razie wziął się pomysł na studiowanie politologii na WNPiD?

Tak jak idąc do liceum nie wiedziałam czy chce nadal tańczyć, tak idąc na studia wiedziałam, że nic innego nie chce robić tylko tańczyć. W szkole baletowej większość z nas liczyła na wielką karierę na scenie w teatrze. Po ukończeniu liceum rzeczywistość okazała się nieco inna niż przypuszczałam. Audycje do teatrów nie objęły mojego rocznika, przez co mogłam zapomnieć o zatrudnieniu na pełen etat jako tancerka. Inne możliwości nie dawałyby mi jednak stabilizacji. Zdecydowałam się więc na rozpoczęcie studiów z politologii. Było to dla mnie spore wyzwanie, ponieważ w szkole baletowej główny nacisk był na naukę przedmiotów artystycznych. Z tego względu nie realizowałam w pełnym wymiarze programu nauczania, jak większość moich rówieśników. Zawsze miałam jednak dużo zainteresowań, ale nie miałam możliwości ich realizować. W końcu przyszedł na to czas i postanowiłam spróbować. Jest takie krzywdzące przeświadczenie, że tancerz tylko macha nogami. Ja udowodniłam, że niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. Fakt, że kształciłam się głównie w kierunku artystycznym, nie przeszkodził mi w podjęciu studiów wyższego stopnia na politologii. Był to dość spory przeskok, jednak na szczęście nigdy nie miałam problemów z nauką .  Z drugiej strony lubię wyzwania więc i tym razem nie miałam zamiaru odpuszczać. I tak z pozytywnym rezultatem ukończyłam studia z politologii na stopniu licencjackim.

Przez wiele lat Twoje życie kręciło się praktycznie wokół tańca. Czy na politologii nie brakowało Ci sali baletowej?

Na początku zrezygnowałam z tańca, ze względu na moje negatywne doświadczenia i rozczarowanie. Pasja do tańca jest jednak we mnie od dziecka, dlatego też długo nie wytrzymałam. Wróciłam po pewnym czasie do tańca, ale tym razem był to taniec współczesny. Nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ nie do końca odpowiadała mi  rola ucznia w tej szkole. Oczekiwałam już zdecydowanie czegoś więcej. Po pewnym czasie odezwała się do mnie moja nauczycielka z OSB, która doprowadziła mnie aż do dyplomu i zaproponowała mi pracę jako nauczyciel tańca. W ten oto sposób zmieniłam perspektywę postrzegania i zajmowania się tańcem. Dzięki temu już od trzech lat pracuję jako pedagog i wciąż czynnie zajmuję się tańcem. Występuje w spektaklach na deskach Teatru Cortique Anny Niedźwiedź, Teatru Wielkiego i tańczę w grupie rewiowo-baletowej organizującej pokazy taneczne. Daje mi to sporo radości, ponieważ dzięki takiej różnorodności mam okazję wciąż próbować nowych technik, rozwijać się i czerpać zarówno z pracy pedagoga, jak i tancerza mnóstwo satysfakcji.

Obecnie oprócz pracy tancerki studiujesz również dwa kierunki. Czy nie myślałaś, żeby z czasem zwolnić troche tempo?

Przyznam, że dużo się dzieje w moim życiu. Na szczęście jestem zorganizowaną osobą. Studia zaoczne z pedagogiki w Łodzi są mi potrzebne, abym w przyszłości nadal mogła uczyć tańca. Studiuje także dziennikarstwo i komunikację społeczną na II stopniu na WNPiD. Chciałam ten kierunek studiować już od dłuższego czasu, więc tym bardziej cieszę się, że mam taką okazję. Z drugiej strony na politologii tak bardzo związałam się z WNPiD, że nie mogłam rozstać się z tym wydziałem. Szczególnie, że dał mi możliwość poczucia się normalną młodą osobą, czego brakowało mi po szkole baletowej. Dzięki studiom podbudowałam też pewność siebie i wzmocniłam poczucie własnej wartości. Zawsze brakowało mi też ludzi z różnych środowisk. Ze wszystkiego więc czerpie dużo satysfakcji. Jestem osobą, która chce cały czas poszerzać swoje horyzonty. Nie zamierzam się więc zamykać tylko na taniec.

Życie tancerki nie należy do najprostszych. Czy z perspektywy czasu wybrałabyś inną drogę w swoim życiu?

Zdecydowanie nie żałuję moich decyzji i tego jaką drogę wybrałam. Rozwijam się i zawsze rozwijałam swoją pasję, mimo niełatwych warunków. Taniec może i zabrał mi beztroskie dorastanie, ale zawdzięczam mu tak wiele, że nie żałuję ani jednej chwili jemu poświęconej. Jestem zadowolona, że czynnie tańczę i uczę tańca. Przez wszystkie doświadczenia ukształtowałam w sobie dużą siłę psychiczną. Taniec od zawsze był dla mnie ucieczką od problemów, jest moim azylem i odskocznią od wszystkich trudów. Kiedy mam ciężki okres w życiu, wiem że taniec jest tylko mój i na zawsze będzie już ze mną.

Jakie rady dałabyś ludziom, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z tańcem?

Przede wszystkim, aby zaufali instynktowi – bo on zawsze najlepiej podpowie. Ważne jest również, żeby nie poddawać się i przyjmować tylko krytykę konstruktywną. Tańczyć można tylko, jeśli się to kocha. Jest to tak naprawdę poświęcenie życia, więc pokochać go trzeba wraz z trudami. Taniec polecam jednak każdemu, bo kształtuje poczucie rytmu i grację w ruchu. Dobrą opcją jest także taniec amatorski, bo może być świetną zabawą, a to jest chyba najważniejsze. Życie, w którym jest obecny taniec naprawdę nabiera kolorów.

Kinga PATALAS

kingapa95@o2.pl

Podróż do wnętrza Ziemi

brak_KrzysztofPolasik_KrzysztofPolasik.png

Trudno pojąć, jak ciężkie jest brzemię człowieka, który przez całe swoje doczesne życie
pozostawał oszukiwany przez wszystkich obdarzonych przez niego tak zwanym zaufaniem.
Osoba wyzwolona z tegoż ciężaru nie doznaje łaski, wręcz przeciwnie, uwłaczające
niedowierzanie przybiera formę olbrzymiej konstrukcji zbudowanej z fundamentalnych pytań, na
które odpowiedzi brak, bo wszystkie dotychczasowe rozwiązania zawaliły się w momencie
zburzenia kłamstwa, znanego do tej pory pod postacią prawdy. Nie inaczej czuł się zdradzony
Stanisław Pilawa, kiedy wreszcie pojął, że nasz wspólny dom, Ziemia, nie jest wcale kulą.
Tajemna wiedza oświetliła mrok zmanipulowanego umysłu Pilawy w późnym wieku, a jej
przyjęcie także wymagało czasu, mechanizmy obronne zaszczepione przez zakłamany rząd
światowy i jego medialną propagandę długo zmuszały nieświadomego niczym w hipnozie
mężczyznę do oporu. Dopiero po kilku spotkaniach z lokalnymi przedstawicielami Braci
Płaskoziemców, Stanisław sięgnął po oświeconą literaturę. Dopiero po dwóch miesiącach wyznał
przed samym sobą, że nie ma wiarygodnych dowodów świadczących o kulistości błękitnej
planety.
Silne promienie wiosennego słońca, żarówki wieńczącej niebiański firmament rozpostarty
nad wielkim ziemskim dyskiem, łagodnie okalały siedzące na pomalowanej w kolorze
miodowym ławce dwie postacie. Swoją łysinę na czubku okrągłej głowy opalał półsiwy, półłysy
Ksawery, właściciel miejscowego monopolowego. Wygodnie usadowiony na drewnianym
siedzeniu, starszy mężczyzna w tandetnych okularach przeciwsłonecznych o czarnych szkłach i
zielonych oprawkach promieniował zachwytem. To jemu swoją inicjację zawdzięczał Pilawa,
ubrany schludnie, w znoszoną koszulę w kremowo-bordową kratę oraz jeansy, pijący ulubione
Warzelniane Silne, Stanisław nie był w tak dobrym nastroju jak jego towarzysz.
To dzisiaj przypada uroczysta ceremonia włączenia nowego członka w poczet Bractwa.
Ksawery był bardzo dumny, że udało mu się nawrócić wieloletniego przyjaciela, a przede
wszystkim stałego klienta, na drogę prawdy. Ostatnim krokiem, który pozostał przed Pilawą, była
podróż do Wnętrza Ziemi. Wnętrze Ziemi oznaczało w rzeczywistości piwnicę jednego z braci
założycieli, w której co tydzień spotykano się w celach wiadomych jedynie wtajemniczonym.
Kiedy Stanisław opróżnił aluminiową puszkę z napojem gazowanym, mężczyźni zgodnie
opuścili miodową ławkę i ruszyli przed siebie.
Park imienia Hugona Kołłątaja tętnił życiem. Wszechobecna zieleń drzew i krzewów
zaludniona była nie tylko przez obywateli zagajnikowej flory i fauny, ale także przechodzących
lub wypoczywających przedstawicieli betonowego królestwa ludzi. Jednym z nich był
roztargniony młody mężczyzna w czerwonej bluzie i lokowanych, sięgających karku
kruczoczarnych włosach, który w swoim zmieszaniu wpadł na przemieszczających się
Ksawerego i Stanisława. W momencie zderzenia chłopak upuścił kartonowe pudełko z
książkami, z którego wysypały się też starodawne przyrządy astronomiczne.
Mikołaj, student z Torunia – zaprezentował się nieśmiało młodzian. Stanisław Pilawa z
nieskrywaną obojętnością przedstawił się, schylił się, przy czym ledwo utrzymał równowagę oraz
pomógł napotkanemu pozbierać jego graty. Wdzięczny naukowiec pozwolił sobie na krótki
wywód dotyczący przedmiotu jego badań, obrotu sfer niebieskich. Taki obrót sfer rozmowy nie
spodobał się oczywiście Ksaweremu, który w jak najgrzeczniejszy sposób spławił adepta
astronomii. Wtedy Stanisław, na którym wykład studenta zrobił niebanalne wrażenie, zauważył,
że na ścieżce pozostała jeszcze jedna z wysypanych książek o tytule w niezrozumiałym języku,
prawdopodobnie łacinie. Mężczyzna podniósł zgubę, ale jej właściciela dawno nie było już na
horyzoncie, dlatego Pilawa wcisnął ją pod swoją spoconą pachę i podążył za półłysym
przyjacielem.
W tym momencie uwagę dwóch podróżników przykuło niecodzienne zgromadzenie wokół
jednej z miodowych ławek parku Kołłątaja. Siwy, tęgi facet w popielatym garniturze opowiadał
jakąś historię, podpisując jednocześnie zdjęcia i inne atrybuty związane z podróżami
kosmicznymi. Ktoś z licznie zebranych wyjaśnił nowoprzybyłym – pan Mirosław opowiada o
swoim locie w kosmos, niesamowita opowieść.
Wzburzony Ksawery wyraził na głos przekonanie, że misje kosmiczne to mistyfikacja. Tłum
dookoła tylko na chwilę zwrócił się w jego stronę, politowanie w oczach obcych ludzi było
jedyną odpowiedzią. Nawet siedzący w centrum astronauta nie skomentował wywodu
handlowca, choćby nieartykułowanym odgłosem. Twarz właściciela monopolowego utonęła w
przypływie czerwonego rumieńca, jego rozgniewane oczy niemalże wystrzeliły z orbit. Z letargu
wyrwał go dotyk Pilawy, który trzymając go pod ramię wyprowadził Ksawerego z ludzkiej
plątaniny przypominając mu gdzie zmierzają.
Czekający przed zejściem do Wnętrza Ziemi, Stanisław Pilawa porządkował pod czołem
dzisiejsze wydarzenia. Trudno mu było po tym wszystkim tkwić w przekonaniu o płaskości
Ziemi. Największy argument Płaskoziemców, o braku dowodów na kulistość błękitnej planety,
padał pod brakiem dowodu na jej płaskość. Nawet gdyby złowroga NASA manipulowała
przekazem telewizyjnym, astronauta, którego dzisiaj spotkali w momencie swej misji nie miał nic
wspólnego z amerykańskim programem kosmicznym, a jednak widział to wszystko na własne
oczy. Jeszcze ta książka należąca do młodego astronoma z Torunia… Stanisław postanowił, że
pod żadnym warunkiem nie przyczyni się do głoszenia tych wierutnych herezji.
W drzwiach klatki schodowej zjawił się Ksawery, zachęcający Pilawę do zejścia wraz z nim
na dół. Wewnątrz czekali na nich Bracia Płaskoziemcy, mężczyźni różnego stanu i wieku,
zgromadzeni wokół suto zastawionego stołu w jednej z piwnicznych wnęk. Do zastawy należały
liczne ponętne kiełbasy, śledzie i ogórki kiszone oraz konserwowe, a także zmrożona Żołędziowa
Smaczna.
Stanisław Pilawa w mig pojął prawdziwy cel istnienia Bractwa. Niekompletny, szeroki
uśmiech wystąpił na twarzy Ksawerego, kiedy jego podopieczny postawiony przed ostatecznym
pytaniem, bez oporu wyrzekł się wiary w kulistość Ziemi, loty kosmiczne i kłamstwa NASA.

Wymagajcie od siebie

Jan PawełII.jpg

Dla wierzących wzór do naśladowania, przykład wielkiego człowieka. Dla pozostałych natomiast po prostu papież Polak, który w jakimś stopniu zasłużył się ojczyźnie, który przyczynił się do odmiany jej oblicza. Jan Paweł II… bez wątpienia ktoś, kto przez wielu zostanie zapamiętany na zawsze.

 W tym miesiącu, dokładnie 2 kwietnia, o pamiętnej godzinie 21:37, przypadła kolejna – trzynasta już rocznica śmierci „naszego” papieża. Był to także drugi dzień Świąt Wielkanocnych. W mediach od samego rana można było obserwować wzmianki o tym, co będzie działo się nie tylko w Polsce, ale i na świecie w godzinę, w której Jan Paweł II odszedł. Choć są na pewno ludzie, dla których takie wydarzenie nie miało najmniejszego znaczenia, ale ja z roku na rok jestem coraz bardziej zaskoczona skalą pamięci o „Karolku”. Media społecznościowe brylowały w  ilości postów, które wspominały słowa papieża. Słowa, które niejednokrotnie nie miały odniesienia do wiary, ale do podejścia do życia, cieszenia się nim… do tak popularnej teraz motywacji. Piękne są przecież myśli mówiące o tym, dlaczego człowiek jest wielki.

Może wielu publikowało zdjęcia z cytatami Jana Pawła II głównie po to, że to się stało modne, zwłaszcza tego dnia. Może inni wrzucali je, by się pokazać, by zwiększyć swoją popularność w sieci. Jakie by te powody nie były, to jednak jedno jest pewne. Dzięki temu, że to się dzieje, a dzieje się naprawdę, pamięć o osobie, której już nie ma, pozostanie. Abstrahując od tego, kim Karol Wojtyła był. Nie zważając na religię, choć to ona była podwaliną tego, jakim był człowiekiem i co propagował, to wiele wypowiedzianych przez niego słów do dziś dla niektórych ludzi jest podstawą tego, co sobą prezentują. Nawet jeśli jego poglądy i decyzje, które podjął lub nie, były kontrowersyjne, to przyczynił się Polsce, Polakom.

Miłośnik życia. Miłośnik gór. Miłośnik przygody. Pierwszy papież, który wyszedł do ludzi. Który nie bał się odwiedzić tak wielu krajów, odbyć tak wielu pielgrzymek, nawet do miejsc niebezpiecznych, objętych wojną. Człowiek, który sam wiele przeżył. Nie chciał pomników, stawianych teraz w niemal każdym zakątku Polski. Nie chciał rozgłosu, jaki z czasem stał się normalnością, nawet po jego śmierci. Chciał być sobą. I sobą pozostał.

Świat obiegły zdjęcia z Giewontu. Tamtejszy krzyż o 21:37 rozbłysnął pięknym światłem. To było tylko światło, ale o jakim znaczeniu…

Martyna Kowalczyk

martynakowalczyk996@gmail.com

Wszyscy jesteśmy wariatami

tylko wariaci są coś warci_J.Łupińska_J.Łupińska.png

„Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani” – zdanie to przypisuje się Zygmuntowi Freudowi. Przypisuje się mu także nienaukowość oraz zbyt dużą wiarę we własne obserwacje i hipotezy. Podobnie będzie z poniższym artykułem. Wyniki badań naukowych przeplatają się tu z dowodami anegdotycznymi oraz osobistymi przekonaniami w celu udowodnienia, że nie ma i, prawdopodobnie, nigdy nie istniało coś takiego jak normalność. Przynajmniej jeśli chodzi o ludzką psychikę, której meandry, także i dziś, w latach 20 wieku XXI, potrafią zaskakiwać i to nie tylko ludzi niezwiązanych z jej badaniem.

 Związek histerii z brakiem możliwości sprawienia sobie przyjemności

Skoro wspomniałam we wstępie o Freudzie, wypadałoby zacząć od tematyki erotycznej. Dziś wiemy, że przyjemność seksualną z kontaktów z samym sobą czerpie większość populacji ludzkiej. Jednak masturbację przez wieki uważano za chorobę. Wiele mówiono, często dokonując przekłamań, o szkodliwości uzależnienia od tej czynności. Jednocześnie całkowicie marginalizowano lub wręcz nie dopuszczano do zaistnienia w świadomości publicznej faktu, że niezaspokojenie seksualne może być równie, jeśli nie bardziej, szkodliwe. W wieku XIX zaczęto zauważać u kobiet objawy takie jak nerwowość, brak apetytu, bezsenność, melancholię czy agresję. Te, jak i wiele innych, klasyfikowano zbiorczo pod nazwą histeria. Miała ona wynikać z nieprawidłowego ułożenia macicy, co w przypadkach uznawanych za wyjątkowo trudne, leczono poprzez usunięcie organu. Większość kobiet mogła jednak liczyć na o wiele przyjemniejszą metodę – masaż narządów płciowych. Domniemaną przypadłość usunięto z oficjalnego rejestru chorób w 1952 roku, do czego w znacznym stopniu przyczyniło się rozpowszechnienie tzw. elektrycznych masażerów (jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć więcej, polecam film „Hysteria” z roku 2011, gdzie rolę Mortimera Granville, czyli lekarza, który wynalazł rewolucyjne urządzenie, fantastycznie zagrał Hugh Dancy). Obecnie wibratory są bodaj najpopularniejszymi zabawkami erotycznymi, choć istnieje możliwość, że w niedalekiej przyszłości zostaną wyparte przez seks-roboty. Otwartym pozostaje pytanie, czy seks z androidem byłby jeszcze masturbacją, czy już stosunkiem? Być może odpowiedź poznamy za mniej więcej 30 lat, optymistyczne szacunki zakładają bowiem, że około roku 2050 realistyczne automaty będą powszechnie dostępne (przez co rozumie się, że ich ceny będą dostosowane do możliwości finansowych klasy średniej).

Dziatki-niejadki, a zaburzenia ze spektrum autyzmu

Mieliście kiedyś znajomego, który nienawidził wręcz pomidorów, ale frytek bez keczupu by nie włożył do ust? Albo dziecko wzdrygające się na widok mieszanki warzyw czy grzybów, ale już zupę-krem zrobioną z takiej mrożonki łykające niczym młody pelikan? Silną niechęć do pokarmów o określonej konsystencji bądź urozmaicenia jadłospisu o nowe składniki lub całe dania zauważył u swoich młodych pacjentów Leo Kanner, czyli psychiatra, który jako pierwszy opisał zaburzenie znane nam dziś jako autyzm dziecięcy. Jeśli więc spotykamy kogoś, u kogo występuje taka irracjonalna czy wydająca się wręcz niektórym (zwłaszcza ludziom starszej daty) infantylną przypadłość, istnieje szansa, że właśnie poznaliśmy osobę wykazującą jeden z objawów zaburzeń ze spektrum autyzmu. Oczywiście, zanim wyciągniemy pochopne wnioski, warto zapytać. Może się wtedy okazać, że wspomniana awersja wynika np. z pewnych ciągów skojarzeń zakorzenionych w rzeczywistości społeczno-kulturowej poprzez działalność reklamową koncernów gastronomicznych (szczególnie fast foodów) czy też traumatycznego przeżycia związanego ze spożyciem danej potrawy, czy składnika, w szkolnej stołówce.

 Mroczna triada osobowości, czyli „Hello, doctor Lecter”

W języku polskim ten zespół cech określa się też jako triadę czarną lub ciemną. Składa się z narcyzmu, makiawelizmu oraz psychopatii. Niekiedy dodaje się też sadyzm, ale wtedy mówimy o mrocznej tetradzie. Osoby, które wyróżniają się wysokim poziomem tych cech, a więc przejawiają zachowania egocentryczne, nie mają obiekcji przed wykorzystywaniem innych i nie wykazują empatii, nazywa się psychopatami (bądź socjopatami, jeśli cechy te nie są wrodzone, a ukształtowały się dopiero w wyniku negatywnych przeżyć związanych z komunikacją społeczną i ogólnie pojętymi kontaktami międzyludzkimi). Mimo tak wielu kojarzących się negatywnie przymiotów, osobowości dyssocjalne potrafią być niezwykle czarujące, konkretne i bardziej odporne na stres, dzięki czemu lepiej radzą sobie z osiąganiem wyznaczonych celów. Współcześnie niektórzy psychologowie dowodzą, że bycie psychopatą, w większości przypadków, nie jest niczym złym. Co więcej, może być pomocne w pełnieniu niektórych zawodów. Według rankingów najwięcej psychopatów jest wśród prawników, handlowców, duchownych i chirurgów, choć studentów oraz wykładowców WNPiD z pewnością zainteresuje, że w pierwszej dziesiątce znajdują się także dyrektorzy zarządzający, dziennikarze, stróże prawa, celebryci, politycy oraz urzędnicy. Miejcie ten fakt gdzieś z tyłu głowy i następnym razem, zamiast w trakcie zajęć żachnąć się (intra- lub interpersonalnie) „z kim ja muszę współpracować”, pomyślcie sobie tak: „oto jesteśmy, garść psychopatów, pomagających sobie nawzajem”.

JULIA ŁUPIŃSKA

julupinska@gmail.com

Książki łączą, a nie dzielą

Sukces ma wiele matek i ojców_J.Łupińska_J.Łupińska.png

W dniach 23-25 marca tego roku, na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, w pawilonie numer 1 odbyły się XVII Poznańskie Targi Książki – PEGAZIK oraz 22. Poznańskie Targi Książki Naukowej i Popularnonaukowej. Wstęp na nie był bezpłatny, nic więc dziwnego, że wzbudził zainteresowanie wielu ludzi – zarówno rodzin z małymi dziećmi, jak i studentów, chcących nabyć książki wydawnictw akademickich w bardzo atrakcyjnych cenach.

 Wszystkie dni obfitowały w warsztaty, które skierowane były głównie do najmłodszych uczestników. Wśród ich organizatorów znalazło się wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. A. Mickiewicza, które przygotowało następujące atrakcje: „Świąteczne wyplatanki – wiosenne wianki” (czyli warsztaty artystyczne dla dzieci prowadzone przez pracowników Ogrodu Botanicznego), „Wspólne czytanie” (panel czytelniczy dla dzieci prowadzony przez studentów Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej), „Liryczne podróże małe i duże”, „Za górami, za lasami… Opowieści pięknej treści”, „Gry i zabawy – rozwoju podstawy” oraz „Podróż do świata zmysłów z Wydziałem Studiów Edukacyjnych”, a także współorganizowane wraz z Instytutem Konfucjusza „Malowane słowa, czyli warsztaty chińskiej kaligrafii”.

Starszych uczestników Targów bardziej mogły interesować konferencje i spotkania. Wydawnictwo Naukowe UAM spisało się również i na tym polu. Było organizatorem konferencji „Nowe media – nowa przestrzeń komunikacji z uczniem” i spotkania „Unia Europejska, a prawo autorskie – przegląd prac legislacyjnych” oraz zaprosiło Katarzynę Nakonieczną z Biblioteki Narodowej do omówienia ISBN w praktyce na Forum Wydawców. Niedzielę w całości poświęcono tematyce detektywistycznej, co przejawiało się głównie poprzez warsztaty i spotkania z autorami kryminałów.

Rzucało się w oczy dobre zorganizowanie przestrzeni – mimo obecności dużej liczby ludzi, można było dość swobodnie przemieszczać się między stoiskami. Nie zapomniano również o tym, że po całym dniu wypełnionym atrakcjami łatwo zgłodnieć – dlatego też na hali znalazło się miejsce na kącik gastronomiczny, w którym można było się pożywić. Nie zabrakło również posiłku dla duszy – i to nie tylko za sprawą chrześcijańskiego Wydawnictwa Święty Wojciech – ale i wystawom ilustracji, które dzięki temu, że cieszyły się nieco mniejszym zainteresowaniem niż inne stanowiska, dawały chwilę wytchnienia od gwaru i tłumu. Podobną rolę odgrywała strefa obwoźnej czytelni komiksów. Zapadł mi również w pamięć dział wydawnictwa publicat, gdzie w cenie od 5 do maksymalnie 25 zł za sztukę można było znaleźć prawdziwe perełki (np. inspirowaną brytyjskim pismem „Vogue” kolorowankę Iain’a R. Webba czy biografię sióstr Skłodowskich).

Na koniec warto wspomnieć, że na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, w sąsiednich pawilonach odbywały się w danym czasie Targi Edukacyjne, w których trakcie swoją ofertę kształcenia prezentowały szkoły oraz uczelnie. One także cieszyły się dużym zainteresowaniem.

JULIA ŁUPIŃSKA

julupinska@gmail.com

High School Musical w świecie bajkowym? – recenzja filmu dvd Następcy 2

Warwas_Nastepcy2_fandoms.jpg

W porównaniu do poprzedniej części, twórcy już w pierwszej scenie serwują nam taneczno-śpiewany pokaz. Ciężko odnieść się do tego, co pamiętamy z oryginału. Sekwencja otwierająca w pewnym stopniu przypomina to, co pamiętamy z innej serii filmów Kenny’ego Ortegi – High School Musical. Czy wariacja o kolejnych przygodach dzieci złych postaci z bajek sprawdza się? Niekoniecznie.

            Trwają przygotowania do ślubu Mal (Dove Cameron) i Bena (Mitchell Hope). Liczne obowiązki książęcej pary sprawiają, że zakochani nie mają czasu nawet dla siebie. Z kolei angaż przyjaciół oraz świty pogłębią jeszcze większe wątpliwości głównej bohaterki o zamążpójściu. Czy robi dobrze? Czy powinna rządzić mieszkańcami Auradonu? Czy  może jednak powrócić na Wyspę Potępionych? A może w końcu dopełnić niecny plan matki, Diaboliny?

            Nie brakuje także nowych postaci, które poznajemy w Następcach 2. Są wśród nich m.in.: Uma (China Anne McClain), córka Urszuli z Małej Syrenki czy Harry (Thomas Doherty), syna kapitana Hooka z Piotrusia Pana. I to właśnie ta dwójka bohaterów odegra istotne znaczenie dla fabuły kontynuacji. O ile pierwsza część miała w sobie liczne nawiązania do bajek, o tyle ta produkcja wprowadza zupełnie nowe wątki i kieruje historię na inne tory.

            Scenografia i choreografia taneczna nadal robią wrażenie. Jednak efekty specjalne rozczarują wielu z Was. Szczególnie w scenie, rozgrywającej się pod koniec, na statku. Finał przygód wydaje się być oczywisty, chociaż fani w petycjach internetowych nadal domagają się trzeciej części. Wydaje się jednak, że przy obecnej popularności aktorskich wersji bajek (niedawna premiera Pięknej i Bestii oraz trwające przygotowania do realizacji Dumbo czy Aladyna), kwestią czasu będzie potwierdzenia planów powstania trójki. Poczekamy, zobaczymy.

            W Następcach 2 brak jednak odrobiny ciekawości  tajemniczości – tak jak to było w oryginale. Oglądamy losy bohaterów, których poznaliśmy wcześniej, ale wątki związane z zemstą już się przewijały. Zaś zastosowanie kilku rozwiązań losów i usilne łączenie postaci w pary sprawia, że nie takiego słodkawego żyli długo i szczęśliwie oczekujemy.

            W polskim wydaniu dvd nie znajdziecie żadnych dodatków specjalnych. Samo menu oferuje nam oglądanie filmu z polskimi napisami lub dubbingiem.

Ocena: 5/10

Adrian Warwas

(adrian.warwas@wp.pl)

Odrobina magii w Auradonie – recenzja filmu dvd Następcy

Warwas_Nastepcy_disney-channel

Czegoż można spodziewać się po angażu Kenny’ego Ortegi (seria High School Musical) w roli reżysera przy musicalowej wariacji o bohaterach znanych z bajek Disneya? Młodych i utalentowanych aktorów, przepychu, przesytu kolorów i jeszcze więcej muzyki. Tak właśnie jest z Następcami.

            Tuż po ślubie Pięknej i Bestii, wszystkie bajkowe królestwa zostają zjednoczone. Z kolei najwięksi arcywrogowie zostają zesłani na Wyspę Potępionych, z której nikt nie może się wydostać bez użycia różdżki Dobrej wróżki. Mijają lata. Jedyny syn królewskiej pary, książę Ben (Mitchell Hope) za chwilę zasiądzie na tronie. Jednym z jego pierwszych postanowień jest sprowadzenie dzieci przeklętych, w tym syna Cruelli De Mon, Carlosa (Cameron Boyce) czy córki Diaboliny, Mal (Dove Cameron) do Auradonu. Decyzja ta nie spotyka się z aprobatą. Tym bardziej, że potomkowie nigdy nie dostąpili szczęścia i dobroci w swoim życiu. Jak ta diametralna decyzja wpłynie na ich losy? I co kryje się za tajemniczym planem złowieszczej Diaboliny (Kristin Chenoweth)?

            Piosenki i choreografia są świetnie dopracowane. Same utwory wpadają w ucho, chociaż trudno jest wyróżnić jedną najlepszą. Bez wątpienia bardzo dobre wykonanie prezentują aktorzy przy Evil Like Me z Diaboliną i jej córką, Mal. Jest kolorowo, zabawnie, ale i momentami – przy scenie koronacji – odrobina grozy musi się wkraść. Chociaż w przypadku tego typu produkcji Disneya łatwo domyślić się, jak to się skończy.

            Młodzi aktorzy świetnie radzą sobie w produkcji – nawet Booboo Stewart, który dotychczas angażowany był do ról na drugim, trzecim planie (wspominając chociażby serię Zmierzch). W Następcach kreuje jedną z czwórki dzieci, które otrzymują azyl w Auradonie. Drugi  plan w postaci Cruelli (Wendy Raquel Robinson), Jafara (Maz Jobrani) czy Złej Królowej (Kathy Najimy) jest świetnym dopełnieniem. Szkoda, że pojawiają się na tak krótko. Liczne nawiązania do klasycznych bajek animowanych z księżniczkami i królewnami jeszcze bardziej umilą Wam seans. Dajcie się porwać magii Disneya!

Ocena: 6/10

Adrian Warwas

(adrian.warwas@wp.pl)

Pam spotyka Beatlesów

 

Beatles-3.png

 Zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdybyś mógł poznać Beatlesów? Na przykład usiąść u nich w salonie i po prostu słuchać jak grają? O co byś ich zapytał? Jedna taka blondyna się znalazła, i twierdzi nawet, że Paul McCartney uśmiechnął się do niej ze swojej limuzyny, wyrażając aprobatę temu, co robi. Pamela ma na imię. W sumie to mu się nie dziwię – babka naprawdę spoko sobie radzi i w ogóle, ale… co właściwie robi Pam?

Pierwsza dekada miłości

 Jako nastolatka (co wbrew pozorom tak dawno nie było) miałam bzika na punkcie Beatlesów. Zaczęło się od najpopularniejszych piosenek, do których z radością tańczyłam w czterech ścianach mojego pokoju, a potem nawet zostałam hipisem (no, w granicach rozsądku!). O spotkaniu idoli marzyłam, nie zaprzeczę, ale były to raczej pojedyncze myśli, które ze względu na brak możliwości realizacji wylatywały z mojej głowy równie szybko, co się pojawiały. Gdy teraz, po upływie dekady, ponownie się nad tym zastanawiam, uśmiecham się na myśl o tym, że mogłabym być jedną z dziewcząt, które piszczą pod sceną i mają nadzieję, że choćby kropla potu Paula McCartneya jakimś cudem na nie spadnie (z całym szacunkiem do tych zauroczonych innymi członkami zespołu). Ale takie spotkanie to abstrakcja. Poza tym – czy byłabym w stanie zadać Beatlesom jakiekolwiek pytanie?

Połowicznie spełnione marzenie

 8 marca na Wydziale Anglistyki odbył się koncert amerykańskiej pianistyki, Pameli Howland, która również jest fanką The Beatles. Co więcej – uważa, że ich muzyka jest źródłem tych samych emocji, które towarzyszyły Fryderykowi Chopinowi tworzącemu swoje utwory (szalona?). Według niej Chopin i Beatlesi, oprócz tego całego artystycznego „wow”, byli po prostu ludźmi, którzy zmagali się z tymi samymi sprawami, co każdy z nas – z miłością, ze zdrowiem. Wiele emocji, które utrwalił w swoich utworach Chopin, można odnaleźć u Beatlesów, i nie chodzi tylko o melancholię, ale głęboki smutek i nostalgię. Dlatego postanowiła połączyć utwory tych artystów, które są do siebie bardziej podobne, niż przeciętnemu zjadaczowi chleba mogłoby się wydawać. I jak jej to wyszło?

W salonie Pam

 Pamela Howland, jak już wcześniej wspominałam, jest blondynką. Nie będę zgłębiała się w dokładny odcień jej włosów, ale dodam, że taką raczej jasną. Tego wieczoru ubrana była w  długą bordową suknię wieczorową i ani trochę nie wyglądała na kobietę, która za chwilę ugości słuchaczy w swoim domu. Ku mojemu zaskoczeniu, zanim usiadła przy pianinie, opowiedziała trochę o sobie i zaprosiła nas – widownię – do swojego salonu, którym przez godzinę była Aula Lubrańskiego. Mieliśmy się zrelaksować słuchając piosenek Chopina w beatlesowskim stylu, a przed zagraniem każdego utworu tłumaczyła, co skłoniło ją do stworzenia konkretnej składanki. Jak mówiła, Chopin nie używał słów, ale jego muzyka mimo to była nimi przepełniona. Czasem pozwalał sobie na weselsze momenty, by chwilę później wrócić do smutnych melodii, co również jest typowe dla jego młodszych kolegów. Ludzie tańczyli do jego utworów, tak jak kilka dekad później do twórczości The Beatles. I nie chodzi tylko o próbę wytłumaczenia przez nią korelacji między tymi artystami, ale o zabranie słuchaczy w świat, w którym ci artyści żyją w jednym momencie i wspólnie tworzą przepełnioną emocjami muzykę.

To, co zrobiła Pam, nie było szaleństwem. Naprawdę spotkała Beatlesów i Chopina, w co musisz mi uwierzyć na słowo. Nie czuję już potrzeby zadawania moim idolom ani jednego pytania, ponieważ to, co mieli do przekazania, zostawili w postaci swoich utworów, które mogłam słuchać na kanapie w salonie Pameli Howland.

Ismena LEŚNIK

(ismenalesnik@gmail.com)