Fotel lidera sparzył Kolejorza

Lech Leczna komplet

W niedzielnym spotkaniu w pełni dopisali jedynie fani poznańskiego Lecha (źródło: lechpoznan.pl)

Upragniony awans na pozycję lidera, 95. urodziny klubu, komplet na trybunach – przed meczem z Górnikiem Łęczna piłkarzom Lecha Poznań nie brakowało powodów do szczególnej motywacji. Żeby zdobyć 3 punkty nie można było jednak zlekceważyć czerwonej latarni ligi. Należało zagrać w sposób, do którego lechici przyzwyczaili swoich fanów na wiosnę.

Putnocky na ratunek

O dziwo to jednak piłkarze prowadzeni przez dobrze znanego w Poznaniu Franciszka Smudę rozpoczęli spotkanie od wykreowania niebezpiecznych okazji. Groźnie strzelał Bonin, a po chwili po rzucie rożnym w poprzeczkę trafił Bartosz Śpiączka . Lechowi z początku niewiele wychodziło, a proste straty przytrafiały się praktycznie każdemu z zawodników formacji ofensywnych. Gospodarze jednak tuż po niespełna kwadransie mogli wyjść na prowadzenie, kiedy to Szymon Pawłowski podaniem ‘w uliczkę’ uruchomił Radosława Majewskiego, ten przegrał pojedynek sam na sam z Sergiuszem Prusakiem. Ponad 40 tysięcy widzów zgromadzonych przy Bułgarskiej nie oglądało jednak huraganowych ataków swoich ulubieńców. Lechici próbowali kontrolować boiskowe wydarzenia, ale to łęcznianie odpowiadali kontratakami oraz stwarzali zagrożenie po stałych fragmentach gry. Wykazać się musiał bramkarz Kolejorza, Matus Putnocky, który w 26. minucie końcem palców odbił strzał Javiego Hernandeza. W pierwszej połowie piłkarze Bjelicy nie wyglądali jak dobrze naoliwiona maszyna, która miażdżyła kolejnych rywali w swoich dotychczasowych tegorocznych sześciu spotkaniach.

Wykartkowany kapitan

Od początku minutach drugiej połowy niebiesko-biali próbowali wywrzeć presję na zawodnikach ‘Franza’ Smudy. Przyniosło to efekt w postaci obiecujących sytuacji Majewskiego oraz Pawłowskiego, po których Prusak nie musiał jednak interweniować. Niestety, nadmierna agresja kosztowała żółtą kartkę dla rozgrywającego 300. mecz w Ekstraklasie kapitana Kolejorza Łukasza Trałki, dla którego oznaczała ona absencję w bardzo trudnym meczu z Wisłą w Krakowie. Gospodarze długimi fragmentami sprawiali wrażenie przytłoczonych perspektywą fotela lidera, ich gra nie mogła satysfakcjonować kompletu widzów na jubileuszowym dla Lecha spotkaniu. Sytuacji nie brakowało, ale bramkarza łęcznian po strzałach Jana Bednarka oraz Trałki ratowały poprzeczka oraz słupek. Dziwić mógł fakt, że dopiero w 81. minucie szansę na pokazanie swoich umiejętności otrzymał najskuteczniejszy Polak w obecnych rozgrywkach Ekstraklasy, Marcin Robak. To jednak goście na pięć minut przed końcem spotkania mieli piłkę meczową, kiedy to Śpiączka nie potrafił pokonać w dogodnej sytuacji słowackiego golkipera poznaniaków.

Wrócić na właściwe tory

Nie udały się obchody 95-lecia istnienia Lecha Poznań. Piłkarze zagrali zdecydowanie poniżej oczekiwań, nawet przy niekorzystnym wyniku nie potrafiąc wystarczająco przycisnąć ambitnych przyjezdnych. Tym na pewno należą się brawa za walkę od pierwszej do ostatniej minuty, ale także fakt, że nie przyjechali oni do Poznania jedynie bronić bezbramkowego rezultatu. Ten ostatecznie udało się osiągnąć, a punkt zdobyty na tak ciężkim terenie może okazać się kluczowy w kontekście walki o utrzymanie. Przed Lechem teraz seria spotkań z wymagającymi rywalami, w trakcie której będzie musiał zaprezentować się zdecydowanie lepiej niż w niedzielnym meczu.

Powiedzieli po meczu:

Nenad Bjelica (trener Lecha Poznań): Myślę, że nie graliśmy dziś dobrze, nie byliśmy wystarczająco blisko rywala. Powiedziałem przed meczem moim piłkarzom, że gramy przeciwko zespołowi, który jest w dobrej formie i gra dobrze w piłkę. To była najlepsza drużyna, która grałą w przeciągu ostatnich 3 miesięcy w Poznaniu. Pierwsza połowa była nieco gorsza, w drugiej wyglądaliśmy już lepiej. Nie mogę być zadowolony z wyniku i czeka nas sporo pracy do aż zakończenia ligi.

Franciszek Smuda (trener Górnika Łęczna): Dla nas każdy punkt jest na wagę złota. Myślę, że nasza gra z pierwszej połowy może napawać nas optymizmem jeśli chodzi o naszą walkę o pozostanie w Ekstraklasie. To spotkanie było interesujące, trzymało widza w napięciu, bo obie drużyny miały sporo okazji do zdobycia bramek. Zdecydowałem się na ustawienie Przemysława Pitrego(nominalnego napastnika- przyp. red.) na stoperze, bo to zawodnik kompletny.

ADRIAN GAŁUSZKA

Bjelica wierzy w proroctwo Probierza

Lech komplet

W nadchodzącym meczu ligowym komplet widzów ponownie zamelduje się na trybunach. (źródło: lechpoznan.pl)

W najbliższą niedzielę po raz pierwszy tej wiosny stadion przy Bułgarskiej wypełni się do ostatniego miejsca. Do Poznania przyjeżdża dopiero ostatni w tabeli Ekstraklasy Górnik Łęczna, a mimo to z kilku powodów spotkanie cieszy się ogromnym zainteresowaniem!

Probierz – trener, który został prorokiem

Niespełna tydzień temu podczas konferencji prasowej po meczu z Koroną Kielce trener Jagielloni Białystok, Michał Probierz, pogratulował Lechowi tytułu mistrza Polski oraz wygrania krajowego pucharu. Problem w tym, że Lech na razie jeszcze nie może się pochwalić żadnym z tych osiągnięć, na ten moment nie jest nawet liderem tabeli Ekstraklasy! Naturalnie, było to jedynie psychologiczne zagranie  ze strony tak doświadczonego szkoleniowca, jednak odbiło się szerokim echem w środowisku piłkarskim. Przed meczem z łęcznianami trener poznaniaków Nenad Bjelica stara się jednak podejść do słów Probierza z odpowiednim dystansem: – Zawsze wiedziałem, że Michał to bardzo dobry trener. Nie wiedziałem za to, że jest też prorokiem. Mam nadzieję, że dobrym prorokiem – śmiał się na konferencji przedmeczowej opiekun Kolejorza. Chorwat podkreślał także koncentrację na każdym kolejnym spotkaniu jakie czeka jego zespół, ale także mówił o wsparciu ze strony kibiców, które on oraz jego drużyna czują bardzo wyraźnie. O to na pewno nie będzie trudno również na meczu z Górnikiem Łęczna.

‘Kibicuj z klasą’ już po raz ósmy

Komplet widowni przy Bułgarskiej nie jest spowodowany jedynie świetną dyspozycją Lecha zarówno w lidze jak i Pucharze Polski. Klub w niedzielę będzie obchodził dokładnie 95-tą rocznicę powstania, z tej okazji odbędzie się ósma już edycja akcji ‘ Kibicuj z klasą’. W jej ramach zorganizowane grupy dzieci i młodzieży do 16 roku życia mogą na mecz wejść za darmo. – W akcji weźmie udział ponad 16 tysięcy uczestników. Bardzo się cieszymy z faktu, że mecz rocznicowy zostanie rozegrany przy pełnych trybunach – mówi przed meczem rzecznik Lecha Poznań, Łukasz Borowski. Fani z pewnością liczą na ofensywną grę i wiele goli w wykonaniu lechitów. O to jednak mogą być spokojni, na wiosnę ich ulubieńcy we wszystkich rozgrywkach rozgrywając jedynie 6 spotkań trafiali do siatki rywali już 17-krotnie ! Komplet punktów w tym roku w Ekstraklasie, jedynie ‘oczko’ straty do prowadzącej Jagielloni, dobra atmosfera wokół drużyny, obchody 95-lecia klubu – to wszystko sprawia, że w trakcie pojedynku z Górnikiem na stadionie nie będzie dało wcisnąć się szpilki.

Powrót ‘Franza’

Innym ciekawym ‘smaczkiem’ nadchodzącego pojedynku jest osoba trenera zespołu gości. Poznańskiego Lecha prowadził w latach 2006-09 zdobywając z nim Puchar Polski, swoimi ciętymi ripostami oraz ofensywnym usposobieniem drużyny zjednał sobie sympatię lokalnej publiczności oraz mediów. Franciszek Smuda, bo o nim mowa, został w 2009 roku trenerem reprezentacji Polski i przez 3 lata pracy z kadrą zrobił niemal wszystko, by jego nazwisko straciło swoją renomę. Katastrofa na organizowanym w naszym kraju oraz na Ukrainie EURO 2012  oznaczała dla niego pożegnanie z drużyną narodową. Następnie próbował swoich sił w 2 Bundeslidze oraz Wiślę Kraków, teraz podjął się w Łęcznej wydawać by się mogło samobójczej misji utrzymania. Z wielką przyjemnością utarłby nosa dobrze znanemu sobie właścicielowi Lecha, Jackowi Rutkowskiemu, który zatrudniał go w Poznaniu ponad 10 lat temu. Miejmy nadzieję, że powodów do satysfakcji po niedzielnym spotkaniu nie będzie miał żadnych.

ADRIAN GAŁUSZKA

 

Lider zraniony przy Bułgarskiej

Robak Lechia

W hitowym spotkaniu 24. kolejki Lotto Ekstraklasy panowała napięta atmosfera. W tej sytuacji Marcin Robak (w niebieskiej koszulce) kłóci się z bramkarzem przyjezdnych Dusanem Kuciakiem (źródło: lechpoznan.pl)

Niemały problem głowy miał przed meczem z Lechią Gdańsk trener Kolejorza Nenad Bjelica. Na szpicy Kownacki czy Robak? Jak obsadzić skrzydła oraz drugą linię? W obronie postawić na jednego z bohaterów środowego meczu pucharowego Lasse Nielsena czy wyglądającego coraz solidniej Macieja Wilusza? Chorwacki szkoleniowiec zarotował składem i podobnie jak w poprzednich meczach okazał się mieć rację. Lech na wiosnę wciąż bezbłędny!

Odkurzone ‘TT’ znowu skuteczne

W spotkanie z liderem Lotto Ekstraklasy lechici weszli z charakterystyczną dla siebie werwą. Wysoko atakowali przeciwników na ich połowie, a duet defensywnych pomocników Trałka-Tetteh neutralizował ofensywny środek pola gości. Od pierwszych minut aktywny był Marcin Robak, który niedługo po kwadransie gry świetnym podaniem uruchomił Szymona Pawłowskiego. Ten jednak przegrał pojedynek z dobrze usposobionym tego dnia bramkarzem Lechii Dusanem Kuciakiem. Podczas pierwszej połowy ponad 30 tysięcy zgromadzonych na stadionie przy Bułgarskiej kibiców mogło obserwować przeciąganie liny w wykonaniu obu stron. Mecz nie obfitował w wiele sytuacji bramkowych, a obie drużyny próbowały przejąć kontrolę nad środkiem pola. Najciekawsze miało nadejść dokładnie w ostatnich 25 minutach tego hitowego pojedynku.

‘Maja’ strzela, lechiści kapitulują

Punkt kulminacyjny spotkania przypadł na okres między 64 a 77 minutą. Nieuznany gol Radosława Majewskiego (minimalny spalony), bramka tego samego zawodnika po kolejnym idealnym zagraniu Robaka, w końcu dwie czerwone kartki dla graczy gości. Najpierw prąd odłączyło Grzegorzowi Kuświkowi, który kopnął w klatkę piersiową Jana Bednarka za co otrzymał drugą żółtą kartkę. Chwilę później popis bezmyślności dał wracający do Poznania Sławomir Peszko, który co prawda wczoraj w bramkę rywala trafić nie zdołał ani razu, ale łokciem w szczękę Tomasza Kędziory jak najbardziej. Lechiści grając w dziewiątkę przez ostatni kwadrans nie mogli zrobić już przysłowiowego sztycha i gospodarze dowieźli skromne prowadzenie do końca na względnym luzie.

Niepewny Marciniak traci kontrolę

Wielkie emocje, dobra atmosfera na zapełnionym stadionie, duża ilość spięć na murawie i przy ławkach rezerwowych, sporo piłkarskiej jakości- to musiało się dobrze oglądać. Temperaturę spotkania podgrzał z pewnością trener Bjelica, który w przerwie miał ogromne pretensje do Peszki za niesportowe zachowanie. Został za to odesłany przez sędziego Szymona Marciniaka na trybuny. Warto poświęcić kilka słów uwagi pracy arbitra, który w drugiej połowie nie do końca kontrolował wydarzenia na boisku. Pomyłki zdarzało mu się popełniać w obie strony. Ostra gra lechistów była też owocem błędnych ‘gwizdków’ Marciniaka, co podkreślał po meczu trener gości Piotr Nowak. Zastrzeżenia do rozjemcy wczorajszego pojedynku mieli również piłkarze Lecha, którzy wielokrotnie łapali się za głowy w reakcji na decyzje naszego arbitra międzynarodowego.

Powiedzieli po meczu:

Nenad Bjelica (trener Lecha Poznań): Uważam, że całkowicie zasłużenie wygraliśmy dzisiejszy mecz. Graliśmy przeciwko drużynie, która ma bardzo dobra ofensywę, jednak w czasie tych 96 minut nie daliśmy jej stworzyć ani jednej klarownej sytuacji bramkowej. To świadczy o naszym zespole oraz pracy, którą wykonała ona w defensywie. Jestem bardzo zadowolony z tego, w jaki sposób graliśmy oraz walczyliśmy. To spotkanie mogliśmy wygrać o wiele wyżej, jednak nie udało się wykorzystać żadnej z sytuacji, które mieliśmy w końcówce. Wyrzucenie mnie na trybuny? W Lechu zdarzyło mi się to pierwszy raz, jednak we Włoszech było to standardem (śmiech).

Marcin Robak (napastnik Lecha Poznań): Obu drużynom bardzo zależało na zwycięstwie w tym meczu, świadczy o tym duża ilość żółtych kartek. W sytuacjach stykowych piłkarze Lechii nie wytrzymywali ciśnienia, to sprawiło, że w drugiej połowie atmosfera byłą naprawdę gorąca. Po meczu śmiałem się z Radkiem Majewskim, że na przyszłość to on ma mi podawać, a ja powinienem strzelać (śmiech). Nie widziałem sytuacji z przerwy meczu, zostałem poproszony o wywiad i dopiero później zobaczyłem trenera, który już był na boisku. Nie wiem co decydowało o takiej a nie innej decyzji sędziego, jednak nawet ta sytuacja świadczy o tym, że trener nas wspiera.

ADRIAN GAŁUSZKA

Potwór Bjelicy znowu masakruje

bjelica-pogon

‚Kogo nam przyszło dziś znowu obić?’ zastanawiał się przed pucharowym meczem z Pogonią trener Kolejorza Nenad Bjelica. (źródło: lechpoznan.pl)

– Jesteśmy Lechem Poznań i do większości naszych spotkań przystępujemy w roli faworytów. Myślę, że pokażemy klasę przechodząc Pogoń Szczecin i wygrywając następnie finał Pucharu Polski – mówił przed półfinałowym meczem tych rozgrywek z ‘Portowcami’ wychowanek Lecha Jan Bednarek. Pewność siebie oraz swoich umiejętności, zarówno na boisku,jak i poza nim. Ta cecha z całą pewnością charakteryzuje teraz każdego z zawodników Kolejorza, którzy odnieśli czwarte wiosenne zwycięstwo w rozmiarach 3:0 i na każdym froncie pędzą po końcowy triumf.

Karuzela Pawłowskiego

Niełatwe zadanie mają w ostatnich tygodniach malkontenci próbujący znaleźć jakieś słabe punkty w grze poznaniaków. Drużyna Nenada Bjelicy wkroczyła w wiosnę tak, jakby próbowała wysłać wiadomość do przyszłych rywali: „Panowie, przyślijcie na mecz z nami rezerwy albo od razu poddajcie go walkowerem, opór tu nie ma żadnego sensu”. Nie inaczej było w środowym starciu ze szczecinianami, którzy postanowili stawić się w najmocniejszym składzie na murawie przy Bułgarskiej, żeby rywalizować o finał Pucharu Polski. Wiary na końcowy triumf starczyło im jednak na jakieś pół godziny spotkania. W trakcie tego fragmentu meczu gospodarze nie wrzucili jeszcze wyższych biegów spokojnie szukając luk w bloku defensywnym oponentów. Wtedy jednak sprawy w swoje ręce wziął wracający do drużyny Szymon Pawłowski, który zaprosił na karuzelę kolejnych zawodników gości. Przy pierwszym golu wyleczył z futbolu na dłuższy czas Cornela Rapę samemu zdobywając bramkę, przy następnym związał dryblingiem dwóch rywali popisując się asystą przy trafieniu świetnego tej wiosny Dawida Kownackiego. Lechitom kanonady było mało i raz za razem ostrzeliwali bramkę Jakuba Słowika, który w ten pierwszy marcowy wieczór raczej nie miał za wiele czasu na egzystencjalne przemyślenia. Trzeci raz piłkę z bramki wyjął po golu duńskiego stopera Lasse Nielsena, później już na szczęście dla niego zespół Bjelicy nie wykorzystał żadnej ze swoich świetnych okazji.

Szymek Pogoń.jpg

Szymon Pawłowski zaliczył świetny powrót; czy gol i asysta pozwolą mu wrócić do składu na dłużej? (źródło: lechpoznan.pl) 

Krzywdzą na wiele sposobów

Wszelkie wyróżnienia indywidualne po tak zagranym przez całą drużynę meczu mijają się z celem. Pewny blok defensywny, kreatywna pomoc i skuteczny napad – to charakterystyczne znaki jakości jakie możemy przyznać Kolejorzowi od czasu przejęcia w nim sterów przez chorwackiego szkoleniowca. Jego ekipa brutalnie odziera ze złudzeń każdego kolejnego przeciwnika, a jej wachlarz możliwości zadania mu bólu robi ogromne wrażenie. Efektowna gra kombinacyjna, zagrania wzięte rodem z Copacabany, wysoki pressing? Bardzo proszę, od czego jest Majewski, Makuszewski czy zakładający sombrero jednemu z oniemiałych obrońców przyjezdnych Darko Jevtić. Odbiór na połowie przeciwnika i natychmiastowe przyspieszenie akcji? To już najlepiej pomorzanom wyłożyli Maciej Gajos oraz Łukasz Trałka, który zagrał bodaj najlepszy mecz w sezonie. Ciągły oddech na plecach rywala, niezostawianie mu czasu nawet na drobną korektę fryzury? Szykuje się kilka bezsennych nocy dla napastnika ‘Portowców’ Adama Frączczaka, którego Bednarek do spółki z Nielsenem tak stłamsili, że telefon widza automatycznie wykręcał numer którejś z fundacji praw człowieka.

Nenadzie, daj poznaniakom dublet!

Ciężko wytłumaczyć fenomen Nenada Bjelicy. Wydaje się, że oprócz świetnego przygotowania fizycznego na wiosnę jego piłkarzy cechuje jeszcze jedno: są piekielnie mocni w głowach. Sam trener również daje im ku temu przesłanki, zupełnie jak po meczu z Pogonią stwierdzając, że dzisiejszy Lech Poznań to drużyna lepsza niż Austria Wiedeń, z którą grał w Lidze Mistrzów. Szkoleniowiec poznaniaków skoczyłby za swoimi zawodnikami w ogień, kibice są zachwyceni samym Chorwatem licznie wspierając jego ekipę, natomiast piłkarze grają koncertowo na murawie. Czy taka receptura może dać tak długo wyczekiwany w Wielkopolsce dublet?

ADRIAN GAŁUSZKA

Do takiego Kolejorza wraca się przyjemnie

– Nie możemy się doczekać inauguracji. Każdy punkt się będzie teraz liczył, bardzo ich potrzebujemy! – mówił kilka dni przed powrotem Ekstraklasy po zimowej przerwie piłkarz Lecha Poznań Radosław Majewski. Lechici w swoim pierwszym meczu w 2017 roku z Bruk-Bet Termialicą Nieciecza pokazali głód gry i potwierdzili, że w wyścigu o czołowe lokaty nie pozostają bez szans.

 

kownas karny termalica.jpg

Dawid Kownacki otwiera dorobek bramkowy Lecha na wiosnę (źródło: lechpoznan.pl)

Kombinacyjna gra prezentowana przez ofensywnych graczy Kolejorza musiała robić momentami wrażenie już w trakcie rundy jesiennej. Wczoraj jednak kolejni zawodnicy w niebieskich trykotach prześcigali się w nieszablonowych zagraniach, no-look passach, czy efektownych klepkach. Żeby nie popaść w przesadny zachwyt, trzeba na wstępie zauważyć, że zawodnicy gości jeszcze nie wybudzili się z głębokiego snu zimowego. Poznaniakom pozwalali dosłownie na wszystko, jakby samemu chcieli sprawdzić, gdzie jest granica fantazji gospodarzy. Zapomnieli jednak, że to nie badanie mające na celu ustalić, który zawodnik z przednich formacji Lecha jest danego dnia w najwyższej formie, a mecz piłkarski. W nim lechici wybili im wszystkie argumenty z rąk, zanim ci na dobre spróbowali ich użyć, od początku do końca kontrolując przebieg spotkania.

Jeden mecz (udanej) wiosny nie czyni

Trzy karne, trzech egzekutorów, trzy gole, trzy punkty. Kolejno Dawid Kownacki, wprowadzony z ławki Marcin Robak oraz najbardziej kreatywny gracz Kolejorza Darko Jevtić pokonywali Krzysztofa Pilarza w próbach z jedenastu metrów. Czy po meczu zakończonym wynikiem 3:0 z wyżej (aż do tego spotkania) usytuowanym w tabeli rywalem można czuć jakiekolwiek oznaki niepokoju? Budzi go przynajmniej na razie para stoperów Wilusz-Nielsen, którym z cała pewnością nie można odmówić ambicji i determinacji. Te dwie cechy można było przypisać każdemu z lechitów podczas inauguracyjnej potyczki, niezależnie czy zegar pokazywał pierwszą, czy ostatnią minutę spotkania. Duńczyk jednak wyraźnie przegrywał pojedynki biegowe z kolejnymi piłkarzami ‘Słoników’ oraz popisywał się elektrycznymi interwencjami, tak jak w stykowej sytuacji na linii pola karnego, po której dał pretekst arbitrowi Pawłowi Gilowi do podyktowania dla gości jedenastki bądź rzutu wolnego z niebezpiecznej pozycji. Wilusz popełniał z kolei zbyt wiele strat przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, jego dalekie podania nie znajdowały niestety często żadnego adresata. Oprócz tego we własnym polu karnym również nie błyszczał pewnością. Na usprawiedliwienie wyżej wymienionej dwójki trzeba zauważyć, że ta para miała jesienią bardzo mało okazji do wspólnej gry, więc pozostaje mieć nadzieję, że z meczu na mecz współpraca ta będzie wyglądać coraz bardziej optymistycznie. Przynajmniej do czasu, aż z ospy nie wyleczy się Jan Bednarek, który na ten moment jest chyba nie do wygryzienia ze składu przez żadnego z konkurentów

bjelica-brawa-termalica

Nenad Bjelica dziękuje poznańskim fanom za wsparcie mimo wieczornego mrozu (źródło: lechpoznan.pl)

Naładowani bateriami Duracell

Kilka lat temu sporą popularność zdobyła reklama, w której na boisku swoje siły mierzyły dwie drużyny królików w strojach piłkarskich. W dogrywce spotkania jedna z nich była pewna werwy, agresywna, wybiegana, druga natomiast słaniała się na nogach i ze zmęczenia wyraźnie brakowało jej prądu. Wczoraj mieliśmy do czynienia z istnym remake’m wspomnianej produkcji. Nie wiadomo, co zaaplikował swoim piłkarzom w trakcie przygotowań do tej rundy trener Lecha Nenad Bjelica, jednak sposób w jaki jego zawodnicy wyglądali w późnym fragmencie tego spotkania na tle rywali z Małopolski robił ogromne wrażenie. Maciej Makuszewski na takiej intensywności nie grał od czasów swojego pobytu w Lechii Gdańsk, Radosław Majewski biegał pomiędzy obrońcami Niecieczy jak podekscytowane kobiety między regałami z ubraniami w okresie wyprzedaży, a od Dawida Kownackiego defensorzy gości odbijali się jak od ochroniarza renomowanego klubu nocnego. Na duży szacunek zasługuje chorwacki szkoleniowiec za to, jak poruszali się po murawie jego gracze, na tle których piłkarze gości wyglądali, jakby piłkę nożną uprawiali co najwyżej hobbystycznie.

ADRIAN GAŁUSZKA

Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną

Futsalistki AZS UAM rozbiły w Kórniku tamtejszą Kotwicę i wskoczyły na pierwsze miejsce w ligowej tabeli. To kolejny już tak udany sezon akademiczek, przed którymi jeszcze wiele celów do osiągnięcia w nadchodzącym roku.

busza

Dla futsalistek AZS UAM Poznań rok 2016 stał pod znakiem licznych sukcesów. (źródło: http://www.futsalistki-uam.pl)

Stało się to już tak pewne jak fakt, że po marcu nadchodzi kwiecień, Tomasz Karolak przymierza się do zagrania w kolejnej wątpliwej jakości komedii romantycznej, a po wyborach u polityka wystąpi amnezja w kwestii składanych obietnic ledwie kilka tygodni wcześniej. Zawodniczki AZS UAM Poznań odniosły kolejne zwycięstwo w Ekstralidze futsalu i w tym sezonie mogą się pochwalić niemal idealnym bilansem : siedem zwycięstw przy tylko jednej porażce. W wyścigu trzech ekip o pierwsze miejsce w tabeli grupy I sezonu zasadniczego to również poznanianki założyły w ten weekend żółtą koszulkę lidera. Znacząco pomógł w tym rewanż wzięty na piłkarkach Kotwicy Kórnik, które w ramach 8 kolejki rozgrywek Ekstraligi musiały we własnej hali uznać wyższość gości z UAM-u.

Im dalej w mecz, tym większa kontrola

Wynik spotkania może być nieco mylący, bo w pierwszej połowie to gospodynie stworzyły sobie więcej klarownych okazji do otwarcia wyniku spotkania. Akademiczki z Poznania przystąpiły do spotkania nieco zdekoncentrowane na czym korzystały kórniczanki raz za razem odbierając piłkę rywalkom na ich połowie i wyprowadzając szybkie ataki. W tym czasie wyjątkowego pecha miała zawodniczka gospodarczy Martyna Boguszyńska, która najpierw obiła słupek, a następnie dołożyła do tego strzał w poprzeczkę bramki strzeżonej przez Dominikę Dewicką. AZS rozkręcał się powoli, jednak nawet w tych trudnych momentach nie tracił głowy czekając na swoje szanse. Te nadeszły szybko po rozpoczęciu drugiej połowy spotkania, kiedy to na indywidualny rajd zdecydowała się Adrianna Sikora i pewnym strzałem pokonała bramkarkę gospodyń. Chwilę później poznanianki podwoiły swoje prowadzenie, kiedy to pewnym uderzeniem z rzutu karnego popisała się Laura Czudzińska. Kontrowersje budziły kolejne decyzje sędziego, który mylił się w dwie strony. Po meczu przyznała to reprezentantka akademiczek Alicja Zając: – Myślę, że w pierwszej połowie sędziowie z początku gwizdali pod Kórnik, w drugiej zdecydowanie pod nas. Może chcieli nam to wynagrodzić – śmiała się najlepsza strzelczyni AZS-u. Wynik ustaliła ładnym strzałem Marta Kosiorek, a od tego momentu obie drużyny uznały mecz za rozstrzygnięty.

Tytułów tyle co Barcelona Guardioli

Nie sposób wymienić wszystkie osiągniecia zespołu AZS UAM z zeszłego sezonu, ale podejmijmy próbę wyliczenia tych najbardziej prestiżowych. Mistrzostwo Polski w futsalu seniorek, którego poznanianki bronią w obecnie trwających rozgrywkach Ekstraligi, akademickie Mistrzostwo Polski w futsalu, ale także Mistrzostwo Polski w beach soccerze. To właśnie na piaszczystych boiskach we Włoszech w maju tego roku akademiczki będą reprezentować nasz kraj w ramach Ligi Mistrzyń beach soccera. Nie wypada chociaż nie posnuć domysłów na temat tajemnicy sukcesu zespołu, który w krajowych halach(i nie tylko!) nie ma sobie równych. Obserwator spotkań poznanianek musi dostrzec odpowiedni team spirit. Młode piłkarki nie tylko się nawzajem świetnie motywują i asekurują, ale także pokrzykują, ustawiają i jak trzeba opieprzają. To truizm, ale w przypadku zespołu poznanianek KAŻDA zawodniczka jest częścią kolektywu. Jest to zarówno Laura Czudzińska, która po ciężkim początku sezonu ponownie jest w stanie trzymać w ryzach defensywę, jak i Ala Zając, która oprócz strzelanych goli imponuje na boisku wszechobecnością, są to też w końcu wracająca do zespołu Agnieszka Grzechowiak czy rozpoczynająca niedługo rehabilitację po zerwaniu więzadeł krzyżowych Alicja Busza.

Przeciwnik nie jest ważny, liczy się własna gra

Przykład tej ostatniej świetnie pokazuje, jak funkcjonuje drużyna trenera Wojciecha Weissa. Piłkarka przebywa z zespołem na meczach przy ławce próbując pozytywnie nakręcać koleżanki z drużyny i okazywać im wsparcie. Wsparcie również zdecydowały się okazać samej zawodniczce pozostałe akademiczki, organizując za pomocą portali społecznościowych akcję ‘Razem dla Buszy’. Miała ona na celu zebranie chociaż części pieniędzy na kosztowną operację futbolistki oraz jej rehabilitację. Oprócz tego poznanianki na jedno ze spotkań, rozgrywanych tuż po odniesieniu kontuzji przez Alę, wyszły w koszulkach z napisem ‘Wracaj do nas Busza’. Bliskość więzów między nimi jest oczywista, co podkreślała w grudniu po prestiżowym zwycięstwie odniesionym nad ówczesnym liderem rozgrywek AZS AWF Warszawa Dominika Dewicka: – My się same nakręcamy, znamy się na co dzień, gramy też na trawie w jednym klubie. Na siebie mamy bardzo dobry wpływ! – twierdziła filigranowa bramkarka.

wracaj-do-nas-busza

Zawodniczki AZS UAM Poznań okazują wsparcie kontuzjowanej Alicji. (źródło: http://www.futsalistki-uam.pl)

Wiele o drużynie mówi również inny fakt. Pytając którąkolwiek zawodniczkę o najbliższego rywala, niezależnie czy to współlidera ligowej tabeli czy jej outsidera, każda jak jeden mąż podkreśla koncentracje na swojej drużynie i swojej grze. Świadczy to o pewności jaką u swoich zawodniczek zaszczepił trener Weiss, który podkreśla również inną kwestię: – Atmosfera w drużynie jest na pewno ważna w każdym zespole, jednak specyfika futbolu kobiecego polega na tym, że tutaj może stanowić nawet połowę sukcesu. Wyniki budują tę atmosferę i odwrotnie, dlatego mimo ciężkiego okresu (napięty terminarz, szczupła kadra zespołu, kontuzje – przyp. red.) cały czas będziemy starali się podtrzymać to, co udało się zbudować.

Nam pozostaje trzymać kciuki za dziewczyny w nadchodzących akademickich mistrzostwach Polski, ale także w dalszej części sezonu Ekstraligi Futsalu oraz historycznym występie w Lidze Mistrzyń Beach Soccera we Włoszech!

ADRIAN GAŁUSZKA

Zbyt dobry, by nie wrócić na szczyt

Do gry wraca Bundesliga, a wraz z nią wracają gwiazdy. Jedną z nich jest zawodnik Borussi Dortmund Marco Reus, który po 6-miesięcznej pauzie będzie pod lupą wszystkich ekspertów i kibiców niemieckiego futbolu.

reus-czolowka

Jak często w nadchodzącej rundzie Marco Reus będzie miał powody do świetowania? (źródło: http://www.piłkarskiświat.pl)

Już w ten piątek inauguracja rundy wiosennej Bundesligi, naturalnym jest więc pytanie o ostateczne rozstrzygnięcia na koniec obecnego sezonu. W tym kontekście ciężko wyobrazić sobie inne obrazki niż piłkarzy Bayernu Monachium wznoszących srebrną paterę otrzymaną za piąty już z rzędu tytuł mistrza Niemiec. Zwolennicy futbolowego romantyzmu nadziei upatrywać będą w drużynie świetnego beniaminka z Lipska, który przez długi okres jesieni dotrzymywał kroku Bawarczykom. O ile jednak tak przeciętna pod względem zdobyczy punktowej runda Bayernowi przydarzyć się jakimś cudem może (uwaga skupiona na fazie pucharowej Ligi Mistrzów czy końcowych rundach Pucharu Niemiec, większa ilość spotkań do rozegrania), o tyle powtórka tak efektownego rajdu RB Leipzig pochodziłaby z jeszcze dalszej planety niż mistrzowska kampania Leicester City w ubiegłym sezonie Premier League.

bayern-ship

Powtórka rozstrzygnięcia z ubiegłych lat jest bardzo prawdopodobna, jednak powodów do śledzenia Bundesligi nie zabraknie. (źródło: http://www.se.pl)

GWARANCJA EMOCJI I PIĘKNYCH HISTORII

Czy oznacza to jednak brak emocji w lidze naszych zachodnich sąsiadów? Absolutnie nie, kibice spodziewają się walki na noże o dwa niższe stopnie podium,  czwarte miejsce dające grę w eliminacjach Ligi Mistrzów, czy też dalsze lokaty będące przepustką do Ligi Europy. Do tego tradycyjna już w Niemczech zacięta batalia o uniknięcie relegacji do drugiej klasy rozgrywkowej  w wykonaniu klubów mniejszych (Ingolstadt, Darmstadt) oraz większych (Hamburg, Werder Brema). Oprócz tego tworzące się na naszych oczach legendy. Legendy młodych ambitnych trenerów, których w Bundeslidze nie brakuje, legendy drużyn prezentujących się grubo powyżej swojego potencjału jak Hoffenheim czy wspomniany Lipsk, ale także legendy samych zawodników. W kontekście tych ostatnich Bundesliga dostarcza swoim fanom potężną dawkę historii o solowych spektaklach, osiągnięciach, rekordach, ale także powrotach na szczyt. Próbę takiego powrotu po raz kolejny spróbuje podjąć zawodnik Borussi Dortmund Marco Reus.

PECHOWIEC UWIELBIANY PRZEZ TŁUMY

Najlepszy niemiecki piłkarz w 2012 roku, wielokrotny uczestnik zestawień najlepszych ‘jedenastek’ Bundesligi czy Ligi Mistrzów, mistrz Niemiec, dwukrotny zdobywca Pucharu oraz trzykrotny Superpucharu Niemiec. Druga strona medalu to przegrany finał Champions League czy opuszczone z powodu kontuzji  Mistrzostwa Świata w Brazylii czy Euro we Francji dwa lata później. Kariera Reusa, bo to fragment właśnie jego CV, przypomina istną sinusoidę. Regularne zwycięstwa przeplatane kontuzjami. Piękne gole i indywidualne popisy bolesnymi absencjami. Gwiazdor BVB ma prawo sądzić, że limit pecha w swoim piłkarskim życiu już wyczerpał i rok 2017 okaże się dla niego o wiele bardziej łaskawy od poprzednich. Liczy na to sam piłkarz, liczą również niemieccy fani, którzy niezależnie od preferencji klubowych skrzydłowego Borussi darzą dużą sympatią. Nieprzypadkowo w zorganizowanym w ubiegłym roku przez oficjalny serwis Bundesligi konkursie na największego idola ligi zwyciężył właśnie sympatyczny blondyn urodzony nomen omen… w Dortmundzie. Przychylność kibiców zyskał z wielu powodów. Efektowny styl gry, przywiązanie do BVB mimo zakusów czynionych przez monachijczyków, ale także zwyczajna ludzka empatia. Skrzydłowy od momentu transferu do aktualnego klubu odniósł ponad 25 wszelakich urazów, przez które przepadło mu 60 meczów klubowych. Mało? Dwie imprezy reprezentacyjne rangi mistrzowskiej, obie zakończone medalami ‘Nationalmannschaft’ (niem. drużyna narodowa) bez jego udziału. Dla niego szczególnie dotkliwa musiała być absencja na mistrzostwach świata w Brazylii, wszak w eliminacjach do tego turnieju w 6 spotkaniach strzelił 5 bramek i zaliczył 3 asysty. Fanom kadry ojczyzny Goethego brakowało jednak go przede wszystkim we Francji, gdzie Niemcy w półfinałowym starciu z gospodarzami nie umieli znaleźć drogi do bramki Hugo Llorisa. Zdaniem wielu ekspertów to właśnie absencja Reusa spowodowała, że ‘Die Mannschaft’ wróciła do domu z tej imprezy ‘tylko’ z brązowym medalem.

goetze-sroetze

Po zdobyciu mistrzostwa świata reprezentant Niemiec Mario Goetze okazał szacunek nieobecnemu w Brazylii Reusowi

ZABŁYSNĄĆ KOLEJNY RAZ

Po kontuzji wykluczającej go z gry na francuskich boiskach gwiazdor Borussi Dortmund wrócił już późną jesienią na ‘rekordowe’ spotkanie Ligi Mistrzów z Legią Warszawa (zwycięstwo Niemców 8:4!), w którym zaliczył hat-trick i dołożył dwa ostatnie podania. Ponadto zagrał jeszcze 4 ligowe spotkania oraz jedno w Champions League, w których prezentował się solidnie, niemniej 175 dni odpoczynku od gry na najwyższym poziomie musiało być widoczne. Dlatego powrotną wspinaczkę na szczyt na dobre rozpocznie dopiero w najbliższych dniach, wraz ze startem nowej rundy Bundesligi. Niesamowity potencjał ofensywny BVB oraz potrzeba pogoni za drużynami zajmującymi podium zwiastują miesiące obfitujące w ligowe bramki oraz asysty niemieckiego skrzydłowego. Nie można napisać, że nadchodząca wiosna będzie dla Reusa tą z cyklu ‘make it or break it’ , bo jego nazwisko od lat ma w piłce uznaną markę. Jednak z czystej sympatii warto życzyć temu zawodnikowi chociaż jak najwięcej możliwości cieszenia kibiców swoją nieprzeciętną grą.

ADRIAN GAŁUSZKA

Skoczkowie odlecieli, Szczypiorniści z podciętymi skrzydłami

Trzeba przyznać, że polscy kibice nie mogli w ostatnich dniach narzekać na nudę i brak emocji. Niezależnie od tego, czy ktoś jest miłośnikiem dyscyplin na świeżym powietrzu, czy też tych drużynowych w hali sportowej.

Dobra passa Stocha

b4f8e7ca-f62e-4035-86f2-cb4f021286b2

Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się sukces polskich skoczków. W miniony weekend, podczas konkursu Pucharu Świata w Wiśle pokazali świetną formę. Bezkonkurencyjny okazał się Kamil Stoch. Zarówno w sobotę jak i niedzielę stanął na najwyższym szczeblu podium. Jest to niebywałe osiągnięcie, chociażby ze względu, że w ostatnim czasie boryka się z kontuzją kolana, której nabawił się w Innsbrucku. Jak sam przyznaje, nie ma czasu, by się zregenerować. Aby kolano się wygoiło, musiałby zrezygnować z treningów i skakania co najmniej na kilka tygodni. Obecny lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata nie wyobraża sobie jednak takiej sytuacji. Stoch skacze równo i pokonuje bariery nie tylko te związane z kontuzją. Trzeba wspomnieć, że warunki do latania nie były wymarzone. W sobotę organizatorzy zdecydowali się na skrócenie rozbiegu, więc zawodnicy startowali z czwartej, a momentami nawet z trzeciej belki.  Poza Stochem,  wysoko uplasowali się również Piotr Żyła (w sobotę był siódmy, w niedzielę jedenasty) oraz Maciej Kot (w sobotę zajął miejsce dziewiąte, w niedzielę piąte). Miłośnikom skoków narciarskich nie pozostaje nic innego jak czekać na konkurs w Zakopanem i mocno trzymać kciuki za naszych reprezentantów.

Bitwa o Puchar Polski

587bbaa4e3d64_o.jpg

(fot. Tomasz Hołod/ Polska Press)

Z kolei we Wrocławiu spotkały się najlepsze drużyny siatkarskiej Plusligi. 4 zespoły, wyłonione we wcześniejszych rozgrywkach walczyły o zdobycie Pucharu Polski. W pierwszy meczu półfinałowym zmierzyli się ze sobą obecni Mistrzowie Polski: ZAKSA Kędzierzyn-Koźle oraz zespół Jastrzębskiego Węgla. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:1(25:23, 23:25, 27:25, 25:20) dla ZAKSY. Zaś drugi mecz rozegrali między sobą zeszłoroczni zdobywcy pucharu: PGE Skra Bełchatów oraz LOTOS Trefl Gdańsk. Ekipa z Trójmiasta uległa Bełchatowianom 0:3(27:29, 22:25, 21:25). Para finałowa wyglądała dokładnie tak samo jak w zeszłym roku, jednak zakończenie okazało się zupełnie inne. Można powiedzieć, że spotkanie było wyrównane. Walka przebiegała o każdy punkt. Lepsi okazali się jednak gracze ZAKSY. Wygrali 3:1 (29:27, 25:27, 25:20, 25:18). W kluczowych momentach wykazali się determinacją i nie odpuszczali. Zespół z Kędzierzyna sięgnął w tym roku, po szóste już tego typu trofeum w swojej historii. Ciekawie jednak zapowiada się walka o Mistrzostwo Polski. Weekendowe rozgrywki pokazały, że polska liga słusznie nazywana jest jedną z najmocniejszych na świecie. Warto jeszcze wspomnieć o nagrodach indywidualnych.

  • Najlepszy zagrywający: Artur Szalpuk (PGE Skra Bełchatów)
  • Najlepszy przyjmujący: Kevin Tillie (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle)
  • Najlepszy broniący: Robert Milczarek (PGE Skra Bełchatów)
  • Najlepszy blokujący: Łukasz Wiśniewski (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle)
  • Najlepszy atakujący: Dawid Konarski (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle)
  • Najlepszy rozgrywający: Benjamin Toniutti (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle)
  • MVP: Dawid Konarski (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle)

Polscy szczypiorniści bez szans

587bee22a35544_48443768

Niestety piłkarzom ręcznym nie powiodło się. Poniedziałkową porażką z Rosją(20:24) pożegnali się z 1/8 finału Mistrzostw Świata. To trzeci przegrany mecz Polaków na tej imprezie (wcześniej przegrali z Norwegią 20:22 i Brazylią 24:28) . Nie mają już szans na dalszą walkę w fazie pucharowej. Nasi zawodnicy weszli na parkiet z podniesionymi głowami i doskonale zdawali sobie sprawę, że wychodzą na bój o wszystko. Nie udało się. Nie ma co ukrywać, że polski zespół osłabiony jest nie tylko kontuzjami, ale również „zmianą pokoleniową”. Przypomnę, że po nieudanym występie na Igrzyskach w Rio z kadrą narodową pożegnali się m.in. Bartosz Jurecki, Karol Bielecki, Sławomir Szmal, czy Krzysztof Lijewski. To weterani, którzy swoimi występami udowodnili, że można o nich mówić legendy polskiego sportu. Miejmy nadzieję, że ich następcy już niedługo zaczną odnosić sukcesy i będą walczyć o wysokie miejsca w najważniejszych sportowych wydarzeniach.

Oliwia Lebiedź

Przez trudy do gwiazd

 

xg8iqmqmitm-aaron-burdenNigdy nie jest za późno, by zacząć pisać swój scenariusz.

Żyjemy szybko. Biegniemy. Gonimy niesprecyzowane cele. Często zapominamy o zatrzymaniu się. STOP. Czy to jest w ogóle moja droga? Kim jestem? Czy robię to, co daje mi radość? Czego chcę? Jak to osiągnę? Krótko o warsztatach coachingowych.

Nikt nie zna nas lepiej, niż my sami

12 stycznia na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa dwie panie coach – Agata Gracz i Jolanta Piątkowska – pomagały uczestnikom warsztatów w budowaniu wizji siebie w przyszłości. Na samym początku zaznaczyły, że coach stoi w cieniu, ponieważ najważniejsi są znajdujący się w sali studenci. Coaching jest więc podróżą w głąb siebie poprzez zadawanie konkretnych pytań, ponieważ istnieją takie, na które nikt poza nami nie zna odpowiedzi.

Mały krok

Na początku uczestnicy warsztatów wybierali osiem sfer życia, które są dla nich ważne, by następnie ocenić na ile każdy obszar przynosi im satysfakcję. Wybranie takiego, z którym najgorzej sobie radzą, nad którym najbardziej chcieliby popracować, stało się dla nich pierwszym krokiem ku budowaniu nowego „ja”. Jak słusznie zauważyła jedna z uczestniczek, często ludzie pochłonięci wizją wielkiej zmiany zapominają o małych krokach. Od razu oczekują jakiegoś „boom”, podczas gdy sukces wymaga czasu i cierpliwości.

Po pierwsze: liczy się drobna zmiana. Lepiej dojść do celu powoli, niż nie zrobić tego wcale.

A co z rodziną?

Przed oczami studentów ukazała się również kartka z sześćdziesięcioma dziewięcioma wartościami, którymi ludzie mogą kierować się w życiu. Początkowo uczestnicy mieli za zadanie wykreślić trzydzieści z nich, następnie kolejne tyle. Ostatecznie panie coach poleciły im wyeliminowanie jeszcze sześciu priorytetów. Dla wielu studentów zaskoczeniem wydało się, że wartości, których nie potrafi wykreślić na samym początku (np. rodzina), przestały mieć tak duże znaczenie przy wybieraniu tych trzech zajmujących najwyższe miejsca w ich życiowej hierarchii.

Po drugie: często przyjmujemy wartości, które są uznawane przez nasze otoczenie za najważniejsze. Prawdziwy sukces osiągamy wtedy, gdy zaczniemy kierować się tym, w co sami wierzymy.

Linia czasu

Kim jestem dzisiaj? Kim chcę być za pięć lat? A za rok? Za miesiąc? Za tydzień? W tym ćwiczeniu chodziło o wybranie konkretnego celu, który zostanie osiągnięty do określonego przedziału czasu. Ukazywało ono, że wizja nas żyjących za pięć lat rozpoczyna się od tego, co zrobimy dzisiaj, w przeciągu najbliższego tygodnia, miesiąca czy roku.

Po trzecie: nie czekaj na jutro. Porozmawiaj ze swoim losem już dziś. Na początku może być ciężko, ale ostatecznie sięgniesz gwiazd. Właśnie teraz możesz zacząć budować osobę, którą chcesz być. I pamiętaj: jutro, to najbardziej zajęty dzień roku.

Ismena Leśnik

Paszporty Polityki

paszporty-polityki-logo_6111907

10 stycznia, jak co roku, rozdano paszporty Polityki honorując tym samym szczególnie zasłużonych kulturze.  

Krótkie przypomnienie

Paszporty Polityki, to nagroda ustanowiona w 1993 roku przez tygodnik Polityka. Aby otrzymać to wyróżnienie, trzeba szczególnie zasłużyć się w świecie kulturalnym. Obecnie figuruje 8 kategorii: film, teatr, literatura, muzyka poważna, muzyka popularna, sztuki wizualne, kultura cyfrowa i kreator kultury.

Zwyciężyli:

– film: Jan P. Matuszyński – reżyser Ostatniej rodziny – ekranizacji upamiętniającej wybitnych Beksińskich.

teatr: Anna Smolar – reżyser teatralny, poruszający tematy niszowe, a także nawołujący do francuskich klasyków.

literatura: Natalia Fiedorczuk-Cieślak – zarówno wokalistka, pisarka, jak i producentka muzyki. Paszport otrzymała za książkę Jak pokochać centra handlowe.

muzyka poważna: Marzena Diakun – utalentowana dyrygentka. Statuetkę zyskała dzięki wykonaniu Zagubionej autostrady Olgi Neuwirth.

muzyka popularna: Wacław Zimpel – klarnecista wykonujący muzykę nie dającą się zamknąć w jednej kategorii – w swoich improwizacjach łączy melodie Bliskiego Wschodu, muzykę ludową i jazz.

sztuki wizualne: Daniel Rycharski –  artysta wizualny tworzący murale, zainteresowany również sztuką w przestrzeni wiejskiej, porusza trudne tematy, jak spojrzenie Kościoła na odmienność seksualną.

kultura cyfrowa: Michał Staniszewski – twórca gier łączących różne dziedziny sztuki.

kreator kultury: Jan ”Ptaszyn” Wróblewski – muzyk jazzowy, od początku zaangażowany w rozwój polskiego jazzu.

 Znani, nagradzani

Od początków Paszportów Polityki nagrodę odebrały między innymi takie osoby, jak Maria Janion, Fisz i Emade, Maria Peszek, Marcin Dorociński, Jan Komasa, czy Pablopavo.

Magdalena Kopeć